Nie spałam do późna. Ta książka od Alison mnie pochłonęła.. Gdy oderwałam się od niej, Snowdy już głęboko spał. Czyli naprawdę musiało być późno. Chyba powinnam już kłaść się spać. Wstałam z łóżka i wyszłam z pokoju. Kierowałam się w stronę toalety. Gdy już wyszłam z niej, zatrzymałam się przy pokoju Alison. Może i nie mam super sprawnego słuchu, ale coś mi się nie podobało. Stanowczo nacisnęłam klamkę i wparowałam do pokoju. Alison była na miejscu. Leżała przykryta kołdrą tak, że nie było jej widać. Odetchnęłam z ulgą i po cichu wyszłam. Położyłam się do łóżka i zasnęłam.
~~RANO~~
Zaspana wstałam z łóżka i od razu poszłam sprawdzić co u Erica. Ten jak zwykle siedział na kanapie i czymś się zajmował.
- Dzień dobry - powiedziałam ziewając. Ten spojrzał się na mnie i kiwnął głową.
- Budź przyjaciółkę, śniadanie gotowe - powiedział. Zmierzałam leniwie w stronę pokoju Alison. Otworzyłam drzwi. Alison była w takiej samej pozycji jak wtedy w nocy. Niczego nie podejrzewając, podeszłam i odkryłam kołdrę. Zamiast Alison leżał tam.. wilk. Wilk, jakby czekając na okazję, rzucił się na mnie. Zdezorientowana upadłam pod jego ciężarem. W pokoju momentalnie pojawił się również Eric. Po chwili widziałam jak przygniata wilka i coś mu wstrzykuje. Ten nagle przestał się ruszać.
- Eric! Nie wolno tak! - powiedziałam rzucając się w stronę brata. Wilk leżał martwy.
- Bo? - spytał obojętnie.
- A gdyby to był człowiek-wilk?! - oburzyłam się. Ten popatrzył na mnie zdumiony.
- Clodie, on chciał Cię zabić. Gdyby to był Twój człowiek-wilk, to teraz nie widziałabyś martwego zwierzęcia, a żywego człowieka, który stracił swoją drugą postać na zawsze - powiedział i popatrzył na zwierze.
- Niech Ci będzie.. A co z Alison?! - nagle zdałam Sobie sprawę że dziewczyna zniknęła.
- Zniknęła - powiedział równie obojętnie.
- Chodź, musimy ją znaleźć! - powiedziałam zdenerwowana.
- Idź. Ja zostaje - powiedział i wyszedł z pokoju. Od razu wybiegłam z pokoju i złapałam go za ramię.
- Eric!! Ona jest dla mnie ważna! Póki co jest moją jedyną przyjaciółką, a o przyjaciół trzeba dbać!!! - wywrzeszczałam mu w plecy.
- Clodie, kochana. Ona jest TWOJĄ przyjaciółką. To że w dziwnych okolicznościach zniknęła, to nie moja wina. Mnie to nie interesuje - wycedził i miał zamiar iść do Siebie.
- A gdyby to była Emily?! - warknęłam. Trafiłam w czuły punkt. Zacisnął pięści. Odwrócił się i przycisnął mnie do ściany.
- Ale nie jest - powiedział spokojnie patrząc na mnie z góry.
- Wyobraź Sobie że ona też może mieć osobę która ją szczerze kocha. Pewnego dnia ona nagle znika, a ta osoba bardzo się martwi. Alison ma kochającego brata i wiernego towarzysza. To jest jej świat. Ona ich kocha, oni kochają ją. Nie mam zamiaru siedzieć w domu i czekać na cuda. Ty Sobie siedź i gnij w tym domu dalej, użalając się nad Sobą - powiedziałam i wyszłam trzaskając drzwiami. Po paru metrach zobaczyłam że Snowdy do mnie biegnie.
- Chodź mały, znajdziemy ją - powiedziałam po czym ruszyliśmy. Nie patrzyłam się za Siebie, nie chciałam znać tego człowieka.
~Tym czasem Eric nadal stał w tym samym miejscu. Patrzył w podłogę, zaciskając pięści. Można było na kilometr wyczuć jak kłębiła się w nim złość. Nic nie mówiąc, chwycił za kurtkę i wyszedł. Jego kompan ruszył z nim.~
- Snowdy, czujesz coś? - powiedziałam do smoka z nadzieją.
- Niestety.. - powiedział ze smutkiem. Pozostało nam tylko szukać dalej. Nagle wpadłam w dość głęboki dół. Snowdy zwinnie do mnie skoczył. Gdy miałam już wstawać, ten położył mi na plecach łapę, dając znak że nie warto. Na szczęście w jednej ze ścian był wydrążony 2-3 metrowy tunel. Schowaliśmy się tam i czekaliśmy. Usłyszeliśmy jakieś głosy.
- I jak, macie coś? - spytał mężczyzna o niskim głosie.
- Tak. Dziewczynę, do tego elfkę - usłyszeliśmy drugi głos.
- Świetnie. Przetransportujcie ją do mnie jak zajdzie słońce. Nikt nie może widzieć. Gdzie ona teraz jest?
- Leży nieprzytomna w dobrze ukrytym domku na drzewie, o tam - odpowiedział drugi wskazując gdzieś na korony drzew.
- Czyli umowa stoi - powiedział pierwszy wyciągając do drugiego dłoń. Drugi ją uścisnął. Obaj udali się w kierunku przeciwnym od domku na drzewie.
- Snowdy, słyszałeś? Teraz mamy szansę! - powiedziałam szeptem.
- Uważaj, robi się ciemno - wskazał nosem na słońce.
- Już? Tak długo szukaliśmy? Dawaj, damy radę - powiedziałam i wyszłam z dołu. Pobiegliśmy pod drzewo, które według nas było 'właściwe'. Spojrzeliśmy w górę.
- Patrz, domek! - powiedział Snowdy.
- Ja ją wezmę. Moje skrzydło jest już chyba sprawne - powiedziałam i uniosłam się. Ostrożnie weszłam do domku. Alison leżała bezwładnie na ziemi. Była cała związana. Wzięłam ją ostrożnie i zwinnie wyleciałam. Nagle usłyszeliśmy hałas.
- Hej, co wy robicie? Zostawcie ją! - krzykał jeden z trójki facetów.
- Panowie my z branży. Mieliśmy ją przetransportować o tam - wskazałam palcem w miejsce dokąd udali się wcześniejsi faceci.
- Przepraszam skarbie, ale nie tym razem. Chłopaki, bierzcie ich - facet uśmiechnął się i wskazał na nas. Gdy jeden z nich już prawie dosięgnął mnie i Alison, nagle upadł. To był.. Eric? Wiedziałam że mu przejdzie.. Po chwili każdy leżał.
- Eric! - krzyknęłam uradowana.
- Chodź szybko - powiedział po czym ruszyłam, ruszyłam za nim. Nagle przed nami wyłonił się ten, który miał dostarczyć Alison. Eric już miał go uderzyć, ale ten wbił w niego sztylet. Chłopak złapał się za brzuch, ale nie odpuścił. Powalił mężczyznę i uderzył go w twarz. Gdy tamten się nie ruszał, brat się odezwał:
- Clodie, daj mi ją. Ja ją zaniosę do jej domu, tam będzie bezpieczna - powiedział widząc że dziewczyna się budzi.
- Ale Twoja rana.. - powiedziałam przestraszona.
- Clodie!! Daj mi ją, nie chcesz aby coś jej się stało. Spotkamy się u Ciebie - krzyknął. Podeszłam do niego i mu ją przekazałam.
- Dam radę iść sama - powiedziała cicho Alison.
- Przykro mi, ale nie tym razem - powiedział Eric i czym zniknął. Wzięłam Akell'a i Snowdiego, po czym pofrunęłam do mnie. Mam nadzieję że wszystko z nimi w porządku.. Ale Eric.. Pierwszy raz widziałam jak o kogoś się martwił..
Alison?
Akademia jest miejscem dla każdego, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Więc śmiało ! Zapraszamy...
piątek, 29 lipca 2016
Od Alison c.d. Clodie Sue
Clodie powoli zaczęła wyjaśniać swojemu bratu co tu robimy i jak się tu znaleźliśmy. Podczas gdy opowiadała coś w tym domku przykuło moją uwagę. Był stary.. gdzie nie gdzie w ścianach były dziury. Słychać było szmer myszy pod podłogą która miała na sobie warstwę brudu.. Mimo wszystko było tutaj całkiem przytulnie.
-Alison? - usłyszałam głos Eric'a
-Tak?
-Wszystko w porządku? - zapytała Clodie
-Tak, tak.. po prosu.. jestem zmęczona. Mogłabym się położyć? - powiedziałam niepewnie
-Jasne, zaprowadzę Cię do pokoju.
Eric ruszył korytarzem. Szłam zaraz za nim. Za mną szła Clodie.
-Mógłbyś chociaż tu posprzątać. - parsknęła do niego
-Dopiero co się wprowadziłem i nie miałem czasu posprzątać. - powiedział
Na ścianach wisiały różne obrazy. Jeden z nich szczególnie przykuł moją uwagę. Stanęłam przed nim i delikatnie otarłam go wierzchem dłoni. Był zakurzony i stary. Znajdowało się na nim kilka postaci. Była to chyba rodzina ale nie jestem pewna.
-Okej. Więc tutaj będziesz spać. - powiedział Eric uchylając drzwi pokoju
Podeszłam do niego, po czym kiwnęłam głową i podziękowałam.
-Gdybyś czegoś potrzebowała będę w pokoju obok. - powiedziała Clodie uśmiechając się do mnie.
Weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Położyłam się na łóżku. Myślałam o tym co dzisiaj się stało.
-Mogłam umrzeć. - wyszeptałam do pustej przestrzeni
Przez moment zastanawiałam kogo może przedstawiać obraz. Nie wiem dlaczego ale ludzie na obrazie wydawali mi się znajomi. Yhh.. To pewnie przez zmęczenie. Muszę być bardziej ogarnięta, nie tak jak dziś. Zamknęłam oczy. Ciekawe gdzie jest Newt.. Obróciłam się na lewy bok po czym od razu zasnęłam.
------SEN------
Znajdowałam się w zamku. Był stary i opuszczony. W kącie widziałam gromadkę szczurów chowających się przed czymś. Może przede mną? Byłam cała ubrudzona krwią. Za mną były ślady skąd przyszłam. Nie zwracałam na to uwagi i poszłam przed siebie. Mijałam korytarze. Wszędzie byłą krew. Na podłodze, ścianach i suficie. Dostrzegłam, że ten zamek musi być opuszczony od lat. Na ścianach widniały puste obszary po zdjętych obrazach. Wszystkie drzwi na korytarzu był zabarykadowane. Kierowałam się w stronę głównego wyjścia. Byłam już prawie przy samych drzwiach gdy nagle usłyszałam hałas za plecami. Z mroku korytarza wyłaniała się jakaś ogromna postać. Przypominała wilkołaka, lecz zamiast przednich łap miał skrzydła zakończone ostrymi kłami. Gdy mnie dostrzegł od razu rzucił się w moim kierunku. Panicznie podbiegłam do drzwi i wybiegłam na zewnątrz. Na mój pech zamek znajdował się na szczycie góry. Ziemia zawaliła się i drzwi był nad przepaścią. Nie zauważyłam tego wcześniej a teraz zaczęłam spadać plecami w stronę ziemi. Patrzyłam jak potwór wyłania się na światło dnia a po chwili leci w moim kierunku. Ostatnie co pamiętam to uderzenie w ziemie.
------------------
Obudziłam się spanikowana. Mało brakowało a zaczęłabym krzyczeć, Na pierwszy rzut oka wszytko było normalne. Chwilka minęła zanim zorientowałam się, że normalnie nie jest. Siedziałam na ziemi przywiązana do jakiegoś drzewa. Miałam usta zawiązane szmatką, oraz związane ręce i nogi.
-I co teraz z nią chcesz zrobić? - słyszałam głos jakiegoś mężczyzny
-Jeszcze nie wiem. Musimy czekać na polecenie. - odparł drugi
Zza moich pleców wyszło dwóch dorosłych mężczyzn. Bynajmniej na takich wyglądali. Jeden był blondynem a drugi brunetem.Obydwoje spojrzeli na mnie.
-Zobacz, zobacz.. księżniczka się obudziła. - ciemnowłosy podszedł do mnie i przykucnął, po chwili dołączył do niego drugi.
-Szkoda, że znów będzie musiała iść spać. - powiedział blondy i przyłożył jakaś dziwną szmatkę do mojej twarzy, która dziwnie pachniała.
Po tym straciłam przytomność.
Clodie ?
-Alison? - usłyszałam głos Eric'a
-Tak?
-Wszystko w porządku? - zapytała Clodie
-Tak, tak.. po prosu.. jestem zmęczona. Mogłabym się położyć? - powiedziałam niepewnie
-Jasne, zaprowadzę Cię do pokoju.
Eric ruszył korytarzem. Szłam zaraz za nim. Za mną szła Clodie.
-Mógłbyś chociaż tu posprzątać. - parsknęła do niego
-Dopiero co się wprowadziłem i nie miałem czasu posprzątać. - powiedział
Na ścianach wisiały różne obrazy. Jeden z nich szczególnie przykuł moją uwagę. Stanęłam przed nim i delikatnie otarłam go wierzchem dłoni. Był zakurzony i stary. Znajdowało się na nim kilka postaci. Była to chyba rodzina ale nie jestem pewna.
-Okej. Więc tutaj będziesz spać. - powiedział Eric uchylając drzwi pokoju
Podeszłam do niego, po czym kiwnęłam głową i podziękowałam.
-Gdybyś czegoś potrzebowała będę w pokoju obok. - powiedziała Clodie uśmiechając się do mnie.
Weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Położyłam się na łóżku. Myślałam o tym co dzisiaj się stało.
-Mogłam umrzeć. - wyszeptałam do pustej przestrzeni
Przez moment zastanawiałam kogo może przedstawiać obraz. Nie wiem dlaczego ale ludzie na obrazie wydawali mi się znajomi. Yhh.. To pewnie przez zmęczenie. Muszę być bardziej ogarnięta, nie tak jak dziś. Zamknęłam oczy. Ciekawe gdzie jest Newt.. Obróciłam się na lewy bok po czym od razu zasnęłam.
------SEN------
Znajdowałam się w zamku. Był stary i opuszczony. W kącie widziałam gromadkę szczurów chowających się przed czymś. Może przede mną? Byłam cała ubrudzona krwią. Za mną były ślady skąd przyszłam. Nie zwracałam na to uwagi i poszłam przed siebie. Mijałam korytarze. Wszędzie byłą krew. Na podłodze, ścianach i suficie. Dostrzegłam, że ten zamek musi być opuszczony od lat. Na ścianach widniały puste obszary po zdjętych obrazach. Wszystkie drzwi na korytarzu był zabarykadowane. Kierowałam się w stronę głównego wyjścia. Byłam już prawie przy samych drzwiach gdy nagle usłyszałam hałas za plecami. Z mroku korytarza wyłaniała się jakaś ogromna postać. Przypominała wilkołaka, lecz zamiast przednich łap miał skrzydła zakończone ostrymi kłami. Gdy mnie dostrzegł od razu rzucił się w moim kierunku. Panicznie podbiegłam do drzwi i wybiegłam na zewnątrz. Na mój pech zamek znajdował się na szczycie góry. Ziemia zawaliła się i drzwi był nad przepaścią. Nie zauważyłam tego wcześniej a teraz zaczęłam spadać plecami w stronę ziemi. Patrzyłam jak potwór wyłania się na światło dnia a po chwili leci w moim kierunku. Ostatnie co pamiętam to uderzenie w ziemie.
------------------
Obudziłam się spanikowana. Mało brakowało a zaczęłabym krzyczeć, Na pierwszy rzut oka wszytko było normalne. Chwilka minęła zanim zorientowałam się, że normalnie nie jest. Siedziałam na ziemi przywiązana do jakiegoś drzewa. Miałam usta zawiązane szmatką, oraz związane ręce i nogi.
-I co teraz z nią chcesz zrobić? - słyszałam głos jakiegoś mężczyzny
-Jeszcze nie wiem. Musimy czekać na polecenie. - odparł drugi
Zza moich pleców wyszło dwóch dorosłych mężczyzn. Bynajmniej na takich wyglądali. Jeden był blondynem a drugi brunetem.Obydwoje spojrzeli na mnie.
-Zobacz, zobacz.. księżniczka się obudziła. - ciemnowłosy podszedł do mnie i przykucnął, po chwili dołączył do niego drugi.
-Szkoda, że znów będzie musiała iść spać. - powiedział blondy i przyłożył jakaś dziwną szmatkę do mojej twarzy, która dziwnie pachniała.
Po tym straciłam przytomność.
Clodie ?
czwartek, 28 lipca 2016
Od Clodie Sue c.d. Alison
Powoli otworzyłam oczy. Usiadłam i poczułam ogromny ból. Złapałam się za skrzydło.
- Boli - stwierdziłam. Zobaczyłam że siedzi przy mnie Snowdy. Pogłaskałam go i zamierzałam się ogarnąć. Dokładnie pamiętam co się wczoraj stało. Tylko gdzie jest Eric? Chyba powinniśmy się lepiej poznać, skoro ma być moim opiekunem. Chociaż nie.. Skoro był pomocnikiem mistrza... To on wie o mnie wszystko. A wątpię aby mówił coś o Sobie. Wstałam i ubrałam się. Nie musiałam jeść śniadania.
- Snowdy, idziesz ze mną? Muszę go znaleźć.. - spojrzałam się na smoka. Ten podbiegł do mnie i stanął - Oh, już spełniasz rolę profesjonalnego towarzysza! Może nawet zaczniesz wreszcie mówić - dodałam i zaśmiałam się.
- Ależ ja potrafię mówić od zawsze. Tylko nie miałem potrzeby się odzywać - powiedział wesoło. Zdziwiłam się, przyznam, ale ucieszyła mnie ta wiadomość. Spojrzałam na zegarek. 16:18.
- Mamy trochę czasu, trochę drogi przed nami.. Tak sądzę - powiedziałam i ruszyłam. Szukaliśmy i szukaliśmy, ale nic. Nie ma go. Zniknął.
- Clodie, poszukamy jutro - powiedział Snowdy.
- Zdecydowanie za długo siedzieliśmy nad rzeką - złapałam się za głowę. Spojrzałam na smoka, który dziwnie się zachowywał.
- Tam - wskazał łbem w głąb lasu.
- Co tam? - spytałam coraz bardziej zdziwiona.
- Tam coś jest. Chodź - powiedział i teraz to ona ruszył pierwszy. Po paru minutach przedzierania się przez busz, zobaczyliśmy dziewczynę. Szybko ją rozpoznałam.
- Alison! Aliisooon!! - zaczęłam krzyczeć. Ta momentalnie się odwróciła. Podbiegła do mnie i przytuliła mnie.
- Dobrze że nic Ci nie jest - wyszeptała. Zdziwiłam się, gdyż przecież nic się nie działo.
- Alison? O co chodzi? - spytałam chcąc dowiedzieć się więcej.
- Ten mężczyzna.. jak Cię zabrał.. - próbowała dalej coś powiedzieć, ale przerwałam jej.
- To mój brat.. Nie ma się co martwić - zapewniłam i opowiedziałam całą historię.
- Więc szukasz brata teraz? Tu jest domek, możemy sprawdzić.. - powiedziała niepewnie. Zobaczyłam że jej zimno. Zdjęłam swoją bluzę i przekazałam jej.
- Z chęcią. Ty nie musisz iść. Masz bluzę, będzie Ci cieplej - uśmiechnęłam się, a ta przyjęła 'dar' z wdzięcznością.
- Ja.. ja też wejdę - powiedziała cicho. Ruszyliśmy w stronę domku. Zapukałam delikatnie do drzwi. Nic. Cisza. Nacisnęłam klamkę. Otwarte.
- Poczekajcie tu na zewnątrz.. Wejdę sama.. Wiesz, nie wiem jak zareaguje ktoś kto tu mieszka - powiedziałam i nie czekając na odpowiedź, weszłam do domku. Mimo wyglądu z zewnątrz, w środku było całkiem dużo miejsca. Weszłam do największego pokoju. Wszędzie było zgaszone światło. Za to były pozapalane świece. Zobaczyłam postać, która siedziała na kanapie z kieliszkiem. Wzrok miała skierowany wprost przed Siebie - na kominek. Tak! To Eric! Tylko.. Jak weszłam nie zwrócił na mnie uwagi.
- E.. Eric? - powiedziałam cicho?
- Hm? - powiedział obojętnie nadal na mnie nie patrząc.
- Smutno Ci? - Tak.. wiem.. to głupie pytanie.. ale chyba musiałam to powiedzieć. Teraz na mnie spojrzał. Na jego ustach można było zauważyć lekki uśmiech. Wstał i podszedł do mnie bardzo blisko. Przeszły mnie ciarki, gdyż między nami jest 50 cm różnicy.
- Nie, Clodie. Nie jest mi smutno - powiedział niskim tonem. Coś było nie tak.
- Przyjdziesz do mnie jutro? Myślę że mamy parę spraw do wyjaśnienia - powiedziałam pewniej. Nagle zgasła jedna świeczka
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. Skoro już mnie odnalazłaś, to zostaniesz tu na noc i Ci wszystko opowiem. Nie puszczę Cię samej - powiedział, po czym odszedł ode mnie i zapalił kolejną świeczkę.
- Tam na zewnątrz.. - nie dał mi dokończyć.
- W takim razie zaproś ich tu. Ich też przenocuję - powiedział jakby czytając mi w myślach.
- Ale.. - znowu nie dokończyłam. W tym momencie stanęła za mną Alison. Za nią przydreptał Snowdy.
- Clodie, martwiliśmy się, wszystko okej? - spytała. Mój brat spojrzał na nich i wsadził ręce w kieszenie, czekając aż wszystko im wyjaśnię.
Alison?
- Boli - stwierdziłam. Zobaczyłam że siedzi przy mnie Snowdy. Pogłaskałam go i zamierzałam się ogarnąć. Dokładnie pamiętam co się wczoraj stało. Tylko gdzie jest Eric? Chyba powinniśmy się lepiej poznać, skoro ma być moim opiekunem. Chociaż nie.. Skoro był pomocnikiem mistrza... To on wie o mnie wszystko. A wątpię aby mówił coś o Sobie. Wstałam i ubrałam się. Nie musiałam jeść śniadania.
- Snowdy, idziesz ze mną? Muszę go znaleźć.. - spojrzałam się na smoka. Ten podbiegł do mnie i stanął - Oh, już spełniasz rolę profesjonalnego towarzysza! Może nawet zaczniesz wreszcie mówić - dodałam i zaśmiałam się.
- Ależ ja potrafię mówić od zawsze. Tylko nie miałem potrzeby się odzywać - powiedział wesoło. Zdziwiłam się, przyznam, ale ucieszyła mnie ta wiadomość. Spojrzałam na zegarek. 16:18.
- Mamy trochę czasu, trochę drogi przed nami.. Tak sądzę - powiedziałam i ruszyłam. Szukaliśmy i szukaliśmy, ale nic. Nie ma go. Zniknął.
- Clodie, poszukamy jutro - powiedział Snowdy.
- Zdecydowanie za długo siedzieliśmy nad rzeką - złapałam się za głowę. Spojrzałam na smoka, który dziwnie się zachowywał.
- Tam - wskazał łbem w głąb lasu.
- Co tam? - spytałam coraz bardziej zdziwiona.
- Tam coś jest. Chodź - powiedział i teraz to ona ruszył pierwszy. Po paru minutach przedzierania się przez busz, zobaczyliśmy dziewczynę. Szybko ją rozpoznałam.
- Alison! Aliisooon!! - zaczęłam krzyczeć. Ta momentalnie się odwróciła. Podbiegła do mnie i przytuliła mnie.
- Dobrze że nic Ci nie jest - wyszeptała. Zdziwiłam się, gdyż przecież nic się nie działo.
- Alison? O co chodzi? - spytałam chcąc dowiedzieć się więcej.
- Ten mężczyzna.. jak Cię zabrał.. - próbowała dalej coś powiedzieć, ale przerwałam jej.
- To mój brat.. Nie ma się co martwić - zapewniłam i opowiedziałam całą historię.
- Więc szukasz brata teraz? Tu jest domek, możemy sprawdzić.. - powiedziała niepewnie. Zobaczyłam że jej zimno. Zdjęłam swoją bluzę i przekazałam jej.
- Z chęcią. Ty nie musisz iść. Masz bluzę, będzie Ci cieplej - uśmiechnęłam się, a ta przyjęła 'dar' z wdzięcznością.
- Ja.. ja też wejdę - powiedziała cicho. Ruszyliśmy w stronę domku. Zapukałam delikatnie do drzwi. Nic. Cisza. Nacisnęłam klamkę. Otwarte.
- Poczekajcie tu na zewnątrz.. Wejdę sama.. Wiesz, nie wiem jak zareaguje ktoś kto tu mieszka - powiedziałam i nie czekając na odpowiedź, weszłam do domku. Mimo wyglądu z zewnątrz, w środku było całkiem dużo miejsca. Weszłam do największego pokoju. Wszędzie było zgaszone światło. Za to były pozapalane świece. Zobaczyłam postać, która siedziała na kanapie z kieliszkiem. Wzrok miała skierowany wprost przed Siebie - na kominek. Tak! To Eric! Tylko.. Jak weszłam nie zwrócił na mnie uwagi.
- E.. Eric? - powiedziałam cicho?
- Hm? - powiedział obojętnie nadal na mnie nie patrząc.
- Smutno Ci? - Tak.. wiem.. to głupie pytanie.. ale chyba musiałam to powiedzieć. Teraz na mnie spojrzał. Na jego ustach można było zauważyć lekki uśmiech. Wstał i podszedł do mnie bardzo blisko. Przeszły mnie ciarki, gdyż między nami jest 50 cm różnicy.
- Nie, Clodie. Nie jest mi smutno - powiedział niskim tonem. Coś było nie tak.
- Przyjdziesz do mnie jutro? Myślę że mamy parę spraw do wyjaśnienia - powiedziałam pewniej. Nagle zgasła jedna świeczka
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. Skoro już mnie odnalazłaś, to zostaniesz tu na noc i Ci wszystko opowiem. Nie puszczę Cię samej - powiedział, po czym odszedł ode mnie i zapalił kolejną świeczkę.
- Tam na zewnątrz.. - nie dał mi dokończyć.
- W takim razie zaproś ich tu. Ich też przenocuję - powiedział jakby czytając mi w myślach.
- Ale.. - znowu nie dokończyłam. W tym momencie stanęła za mną Alison. Za nią przydreptał Snowdy.
- Clodie, martwiliśmy się, wszystko okej? - spytała. Mój brat spojrzał na nich i wsadził ręce w kieszenie, czekając aż wszystko im wyjaśnię.
Alison?
Od Alison c.d. Clodie Sue
Wyszłam z domu Clodie. Wzięłam głęboki oddech, po czym wypuściłam powietrze z płuc. Ciekawe co teraz robią inni. Nie chciałam jeszcze wracać do Akademii. Podobało mi się tu, w tej krainie gdzie otaczają nas góry. Mimo iż akademia znajduje się na terenie Smoczych Gór to tamto miejsce jest... inne. Mniej górzyste. Ruszyłam w stronę lasu, szłam ścieżką wydeptaną przez zwierzęta. Dostrzegłam niedaleko pośród drzew małą polankę na którą padały promienie słońca przedzierające się przez korony drzew. Gdy byłam na polanie pierwsze co zrobiłam to rozłożyłam ręce i opadłam na miękką trawę. Było przyjemnie. Światło padało tu i ówdzie co nadawało miejscu magicznej atmosfery. Postanowiłam wsłuchać się w otoczenie. Ptaki, szum drzew i chyba o ile się nie mylę niedaleko musiał być jakiś potok albo rzeczka. Wstałam z ziemi i otrzepałam się z trawy. Idąc za szumem wyszłam z lasu. Byłam na jakiejś łące i fakt... była tu rzeczka i nie tylko. Dostrzegłam dwie postacie. Jedna była ubrana na biało a ta druga na czarno. Gdyby nie to, że kilkadziesiąt minut temu poznałam Archanioła może bym tak nie zareagowała ale teraz pierwsze co zrobiłam to wezwałam pomoc.
~Newt! Potrzebuje pomocy.
~Biegnę. - odparł i może minęła nie cała minuta a on już był przy mnie
-Widzisz? - zapytałam - To Clodie
-Tak, i co z nią nie tak?
-No bo.. wydaje mi się, że ten gościu nie jest zbyt przyjazny. - odparłam
-Hm.. - położył się przy mnie i wsłuchiwał się w rozmowę dziewczyny i chłopaka
Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, ten ubrany na czarno złapał Clodie i zniknęli.
-Uda Ci się ich znaleźć? - zapytałam zaniepokojona
-Tyle czasu ile spędziłem z Clodie powinno wystarczyć na znalezienie jej.
-Wrócę do jej domku zobaczyć czy może nie zabrał jej tam.
-Dobrze, ja poszukam tutaj w okolicy.
Martwiłam się. Może i nie znam jej długo ale bałam się o jej zdrowie. Egh.. Alison jesteś głupia. Martwisz się o osobę której nie znasz a to ona może okazać się tą złą. Dlaczego taka jesteś? Dlaczego martwisz się o kogo popadnie? Nie powinnaś taka być. Taka długo sobie nie pożyjesz.
-hmff. - westchnęłam
Spojrzałam w niebo. Zaczęło padać. Krople deszczu powoli opadały z nieba na moją twarz. Otworzyłam buzię i starałam się łapać krople na język. Fajna zabawa. Biegałam jak głupia z językiem na wierzchu nie patrząc gdzie idę. Intuicja podpowiadała mi, że nic złego się nie stanie. Ale niestety intuicja się troszkę pomyliła. Niespodziewanie pod nogami skończyła mi się ziemia a ja stoczyłam się z górki obijając się o kamienie i drzewa. Prawie jak kulka śniegu tocząca się z górki tylko, że ja nie miałam śniegu. Leżałam nieruchomo na trawie. Było mi zimno i czułam jak z nogi cienkim strumykiem płynie mi krew. Oparłam się na łokciach które były zdarte i poczułam jak moje ciało przeszywa ból. Na szczęście nic nie złamałam, żadnej kości ani nic. No chyba, że kilka gałęzi podczas spadania. Urwałam kawałek bluzki i owinęłam ranę na nodze. Można powiedzieć, że było lepiej. Wstałam z ziemi i uświadomiłam sobie, że jestem zgubiona. Nie miałam pojęcia gdzie jestem.
~Newt! - gdzie jesteś
Nie odpowiedział. Może był za daleko, żeby mnie usłyszeć.
~Neeewt!
Nadal cisza..
-Pomocy.. - wyszeptałam ze łzami w oczach.
Ruszyłam przed siebie. Nie miałam innego wyjścia. Weszłam do lasu, było ciemno i zaczynało robić się zimno. Słońca już prawie nie było widać. Zaczęłam biec przed siebie, nie wiedziałam co mam zrobić innego. Byłam sama w tym ciemnym lesie. Nie wiadomo co tutaj mogło być i co chciałoby mnie z miłą chęcią zabić. W oddali zobaczyłam mały domek. Szczerze widziałam go po raz pierwszy. Miałam już do niego wbiec gdy usłyszałam krzyk za moimi plecami. Odwróciłam się. Stała tam Clodie. Podbiegłam do niej i przytuliłam ją.
-Dobrze, że nic Ci nie jest. - wyszeptałam
Clodie ?
~Newt! Potrzebuje pomocy.
~Biegnę. - odparł i może minęła nie cała minuta a on już był przy mnie
-Widzisz? - zapytałam - To Clodie
-Tak, i co z nią nie tak?
-No bo.. wydaje mi się, że ten gościu nie jest zbyt przyjazny. - odparłam
-Hm.. - położył się przy mnie i wsłuchiwał się w rozmowę dziewczyny i chłopaka
Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, ten ubrany na czarno złapał Clodie i zniknęli.
-Uda Ci się ich znaleźć? - zapytałam zaniepokojona
-Tyle czasu ile spędziłem z Clodie powinno wystarczyć na znalezienie jej.
-Wrócę do jej domku zobaczyć czy może nie zabrał jej tam.
-Dobrze, ja poszukam tutaj w okolicy.
Martwiłam się. Może i nie znam jej długo ale bałam się o jej zdrowie. Egh.. Alison jesteś głupia. Martwisz się o osobę której nie znasz a to ona może okazać się tą złą. Dlaczego taka jesteś? Dlaczego martwisz się o kogo popadnie? Nie powinnaś taka być. Taka długo sobie nie pożyjesz.
-hmff. - westchnęłam
Spojrzałam w niebo. Zaczęło padać. Krople deszczu powoli opadały z nieba na moją twarz. Otworzyłam buzię i starałam się łapać krople na język. Fajna zabawa. Biegałam jak głupia z językiem na wierzchu nie patrząc gdzie idę. Intuicja podpowiadała mi, że nic złego się nie stanie. Ale niestety intuicja się troszkę pomyliła. Niespodziewanie pod nogami skończyła mi się ziemia a ja stoczyłam się z górki obijając się o kamienie i drzewa. Prawie jak kulka śniegu tocząca się z górki tylko, że ja nie miałam śniegu. Leżałam nieruchomo na trawie. Było mi zimno i czułam jak z nogi cienkim strumykiem płynie mi krew. Oparłam się na łokciach które były zdarte i poczułam jak moje ciało przeszywa ból. Na szczęście nic nie złamałam, żadnej kości ani nic. No chyba, że kilka gałęzi podczas spadania. Urwałam kawałek bluzki i owinęłam ranę na nodze. Można powiedzieć, że było lepiej. Wstałam z ziemi i uświadomiłam sobie, że jestem zgubiona. Nie miałam pojęcia gdzie jestem.
~Newt! - gdzie jesteś
Nie odpowiedział. Może był za daleko, żeby mnie usłyszeć.
~Neeewt!
Nadal cisza..
-Pomocy.. - wyszeptałam ze łzami w oczach.
Ruszyłam przed siebie. Nie miałam innego wyjścia. Weszłam do lasu, było ciemno i zaczynało robić się zimno. Słońca już prawie nie było widać. Zaczęłam biec przed siebie, nie wiedziałam co mam zrobić innego. Byłam sama w tym ciemnym lesie. Nie wiadomo co tutaj mogło być i co chciałoby mnie z miłą chęcią zabić. W oddali zobaczyłam mały domek. Szczerze widziałam go po raz pierwszy. Miałam już do niego wbiec gdy usłyszałam krzyk za moimi plecami. Odwróciłam się. Stała tam Clodie. Podbiegłam do niej i przytuliłam ją.
-Dobrze, że nic Ci nie jest. - wyszeptałam
Clodie ?
Od Eric'a
Clodie nadal spała. Siedziałem w małej kuchni i nie wiedziałem co robić. Co jakiś czas sprawdzałem czy przypadkiem się nie obudziła. Czuwał przy niej ten jej smok.
- Ej mały - powiedziałem ciszej do smoka. Momentalnie znalazł się przy mnie i patrzył ucieszonym wzrokiem. Przekręcił głowę i dał znak że słucha - Zaopiekujesz się nią? - dodałem. Ten zakręcił się wokół własnej osi i usiadł. Chwilę później już chodziłem po lesie. Nie wiadomo czemu, znalazłem się w lesie, który wcale nie był przyjazny. Stwierdziłem iż pasuję tutaj. Usiadłem przy ogromnym drzewie. Zastanawiałem się jak to wszystko się stało. Powróciłem myślami do tego czasu...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*13 lat temu*
- Mily! Przyszedłem! - zawołałem wesoło dziewczynę. Była moją najlepszą przyjaciółką, tyle że ona była wampirem. Przytoczyłem się do niej po tym jak ludzie się dowiedzieli kim jestem. Ona nie wiedziała.
- Oo, byczek! - zawołała również wesoło. Nie lubiłem tego określenia, więc tylko machnąłem ręką.
*7 lat temu*
- Eric, co tak słabo? - zaśmiała się dziewczyna i wyprzedziła mnie. Oczywiście że nie chciałem! A na pewno nie z dziewczyną. Przyspieszyłem. Tyle że musiałem biec sam, bo Akell miał kontuzję, a poza tym nie obciążał bym go. A ona była na wilku.
Oczywiście dotarła pierwsza. Oparłem ręce na kolanach aby odetchnąć.
- Ojj, żeś się zmęczył - machnęła ręką.
- Emy, to było 12 km bez przerwy - spojrzałem na nią krzywo.
- A co to dla Ciebie? Jesteś przecież synem...
- Skończ - warknąłem. Nie chciałem tego słuchać. Dobrze wiem jakich mam rodziców.
- Ojj byczek się zdenerwował - zaczęła się droczyć. Usłyszałem ten głos w głowie. Znowu. 'Uderz ją. Daj jej nauczkę' i tak w kółko. W życiu. Po prostu ją zostawię.
- Idę zobaczyć jak trzyma się Akell - rzuciłem i zniknąłem.
*4 lata temu*
- Emily? - spytałem cicho.
- Tak? - odpowiedziała tak samo wesoło jak zawsze.
- Umówisz się ze mną? - uśmiechnąłem się.
- Jasne, lece - zaśmiała się.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pozostało jedno wspomnienie. To najgorsze. Powoli zamknąłem oczy i chciałem poczuć to jeszcze raz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*3 lata temu*
Chodziłem z Emily. Już rok. Ten dzień zapamiętałem najbardziej. Najgorzej. Tego dnia zobaczyłem ją z nim... To co się stało...
Chodziłem po lesie. Zmierzałem do umówionego miejsca. Czekałem. Czekałem. Nic. Pomyślałem że pójdę po nią do domu. Zapukałem. Otworzyła mama.
- Dzień dobry, jest Emily? - spytałem ciepło.
- O, hej Eric. Przyszedł po nią jakiś mężczyzna, powiedziała że idą gdzieś razem, czy coś się stało? - spytała zaniepokojona.
- Ah, nie nic. Martwiłem się bo nie dawała znaku życia od wczoraj. Dziękuję bardzo - odwzajemniłem uśmiech i odszedłem. Walnąłem z całej siły w drzewo. Zwichnąłem nadgarstek. Postanowiłem ją odnaleźć. Jak najszybciej. Poszedłem instynktownie na teren opuszczonego portu. Stała tam. Sama.
- Emily! - krzyknąłem. Podniosło głowę i spojrzała w moją stronę. Miała zaklejone usta i płakała. Już miałem podbiegać, gdy zobaczyłem mężczyznę. Spojrzał na mnie. Nie dał żadnego znaku. Żadnego słowa. Nic. Po prostu.. Wbił jej nóż i uciekł. Podbiegłem do niej i szybko 'uwolniłem'.
- Eric.. - powiedziała cicho.
- Emy, co ty tu do cholery.. - zacisnąłem zęby.
- Eric, przepraszam że nie przyszłam. Miał mi pomóc z szukaniem prezentu dla Ciebie.. Wiesz że niedługo Twoje urodziny. Mieliśmy to zrobić szybko i miałam iść do Ciebie.. Nigdy bym Cię nie zdradziła, dobrze o tym wiesz.. - powiedziała resztkami sił.
- Wiem. - wyszeptałem i patrzyłem jak umiera w moich ramionach. Nie było szans na ratunek. Mimo wszystko wezwałem pogotowie. Niestety.. A jej matka.. Osądziła mnie..
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Poczułem deszcz. Znów. To samo. Znowu zacisnąłem zęby. Znowu walnąłem w drzewo. Tym razem to drzewo się złamało. Byłem silniejszy, zły, a jednocześnie smutny. Otworzyłem oczy i popatrzyłem w niebo.
- Hej, Emily. Miło że dajesz mi znak, mimo że w takiej postaci - powiedziałem cicho i opadłem przy drzewie bez sił.
Ktoś?
- Ej mały - powiedziałem ciszej do smoka. Momentalnie znalazł się przy mnie i patrzył ucieszonym wzrokiem. Przekręcił głowę i dał znak że słucha - Zaopiekujesz się nią? - dodałem. Ten zakręcił się wokół własnej osi i usiadł. Chwilę później już chodziłem po lesie. Nie wiadomo czemu, znalazłem się w lesie, który wcale nie był przyjazny. Stwierdziłem iż pasuję tutaj. Usiadłem przy ogromnym drzewie. Zastanawiałem się jak to wszystko się stało. Powróciłem myślami do tego czasu...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*13 lat temu*
- Mily! Przyszedłem! - zawołałem wesoło dziewczynę. Była moją najlepszą przyjaciółką, tyle że ona była wampirem. Przytoczyłem się do niej po tym jak ludzie się dowiedzieli kim jestem. Ona nie wiedziała.
- Oo, byczek! - zawołała również wesoło. Nie lubiłem tego określenia, więc tylko machnąłem ręką.
*7 lat temu*
- Eric, co tak słabo? - zaśmiała się dziewczyna i wyprzedziła mnie. Oczywiście że nie chciałem! A na pewno nie z dziewczyną. Przyspieszyłem. Tyle że musiałem biec sam, bo Akell miał kontuzję, a poza tym nie obciążał bym go. A ona była na wilku.
Oczywiście dotarła pierwsza. Oparłem ręce na kolanach aby odetchnąć.- Ojj, żeś się zmęczył - machnęła ręką.
- Emy, to było 12 km bez przerwy - spojrzałem na nią krzywo.
- A co to dla Ciebie? Jesteś przecież synem...
- Skończ - warknąłem. Nie chciałem tego słuchać. Dobrze wiem jakich mam rodziców.
- Ojj byczek się zdenerwował - zaczęła się droczyć. Usłyszałem ten głos w głowie. Znowu. 'Uderz ją. Daj jej nauczkę' i tak w kółko. W życiu. Po prostu ją zostawię.
- Idę zobaczyć jak trzyma się Akell - rzuciłem i zniknąłem.
*4 lata temu*
- Emily? - spytałem cicho.
- Tak? - odpowiedziała tak samo wesoło jak zawsze.
- Umówisz się ze mną? - uśmiechnąłem się.
- Jasne, lece - zaśmiała się.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pozostało jedno wspomnienie. To najgorsze. Powoli zamknąłem oczy i chciałem poczuć to jeszcze raz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*3 lata temu*
Chodziłem z Emily. Już rok. Ten dzień zapamiętałem najbardziej. Najgorzej. Tego dnia zobaczyłem ją z nim... To co się stało...
Chodziłem po lesie. Zmierzałem do umówionego miejsca. Czekałem. Czekałem. Nic. Pomyślałem że pójdę po nią do domu. Zapukałem. Otworzyła mama.
- Dzień dobry, jest Emily? - spytałem ciepło.
- O, hej Eric. Przyszedł po nią jakiś mężczyzna, powiedziała że idą gdzieś razem, czy coś się stało? - spytała zaniepokojona.
- Ah, nie nic. Martwiłem się bo nie dawała znaku życia od wczoraj. Dziękuję bardzo - odwzajemniłem uśmiech i odszedłem. Walnąłem z całej siły w drzewo. Zwichnąłem nadgarstek. Postanowiłem ją odnaleźć. Jak najszybciej. Poszedłem instynktownie na teren opuszczonego portu. Stała tam. Sama.
- Emily! - krzyknąłem. Podniosło głowę i spojrzała w moją stronę. Miała zaklejone usta i płakała. Już miałem podbiegać, gdy zobaczyłem mężczyznę. Spojrzał na mnie. Nie dał żadnego znaku. Żadnego słowa. Nic. Po prostu.. Wbił jej nóż i uciekł. Podbiegłem do niej i szybko 'uwolniłem'.
- Eric.. - powiedziała cicho.
- Emy, co ty tu do cholery.. - zacisnąłem zęby.
- Eric, przepraszam że nie przyszłam. Miał mi pomóc z szukaniem prezentu dla Ciebie.. Wiesz że niedługo Twoje urodziny. Mieliśmy to zrobić szybko i miałam iść do Ciebie.. Nigdy bym Cię nie zdradziła, dobrze o tym wiesz.. - powiedziała resztkami sił.
- Wiem. - wyszeptałem i patrzyłem jak umiera w moich ramionach. Nie było szans na ratunek. Mimo wszystko wezwałem pogotowie. Niestety.. A jej matka.. Osądziła mnie..
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Poczułem deszcz. Znów. To samo. Znowu zacisnąłem zęby. Znowu walnąłem w drzewo. Tym razem to drzewo się złamało. Byłem silniejszy, zły, a jednocześnie smutny. Otworzyłem oczy i popatrzyłem w niebo.
- Hej, Emily. Miło że dajesz mi znak, mimo że w takiej postaci - powiedziałem cicho i opadłem przy drzewie bez sił.
Ktoś?
środa, 27 lipca 2016
Od Derek'a c.d. Matt'a
Odkaszlnąłem.
-Przyszedłem przeprosić.-powiedziałem ze skruchą
W drzwiach stanął Matt. Oboje - on i Ash mieli miny jakby chcieli mnie zabić.
-Przyjmuję przeprosiny.-powiedział po czym zatrzasnął mi drzwi przed nosem
Chciałem coś powiedzieć jednak nic mi nie przyszło do głowy. Przez chwilę stałem pod drzwiami nie wiedząc co ze sobą zrobić. W końcu powłóczyłem nogami do swojego pokoju. Gdy otworzyłem drzwi rzuciłem się obok Johanny.
-Dostałem kosza...- usłyszałem śmiech w myślach
-To nie jest śmieszne. Ja tu cierpię!-fuknąłem
~Nikt nigdy nie dał ci kosza?
~Pff. Oczywiście. Tylko tym razem jakoś boli bardziej.
Spojrzała na mnie. Wydało mi się to absurdalne ale chciałem zobaczyć jej prawdziwe oczy. Oczy dziewczyny z którą nic mnie nie łączyło. Chciałem móc trzymać ją w ramionach. Poczuć ciepło jej skóry. Pocałować. Powiedzieć...powiedzieć że ją kocham. Kocham za to że nadal ze mną wytrzymuje. Że mnie chroni. Opiekuje się.
Jednak nie powiedziałem nic. Odwróciłem jedynie wzrok. Poczułem jakie to głupie. Jak przewidywalne. Zakochałem się w niej. I nie mogłem jej tego powiedzieć. Wyśmiałaby mnie. Nie mógł bym później spojrzeć jej w oczy.
~Wiem co poprawi ci humor.-zeszła z łóżka
-Zaskocz mnie.-starałem powiedzieć się to obojętnie
~Wstawaj. Bierz księgę. Pobawimy się w magię.
Zaczęła przeszukiwać moje rzeczy. Po chwili miała to czego szukała. Ledwie trzymała w pysku opasłą księgę
~Może w tej książce jest przepis na pyszną truciznę dla twojego przyjaciela?
Spojrzałem na nią. Nawet gdy zdradziłem ją w tak perfidny sposób dalej próbowała mi pomóc.
~Jesteś nienormalna.-uśmiechnąłem się słabo
~Jestem dziewczyną zmienioną w kota. Daleko mi do normalności.
Teraz uśmiechnąłem się szeroko. Wziąłem od niej księgę. Ona wzięła torbę z resztkami naszego jedzenia. Wyszliśmy. Po kilkunastu minutach byliśmy głęboko w lesie.
~Od czego zaczynamy?
~Może... (przywrócimy ci twoje ciało) pobawimy się w nekromantów?
~To nie biała magia.
~Wiem. Dzisiaj chcę być zły.-uśmiechnąłem się do niej
Zacząłem wymawiać pierwsze zaklęcia.
Po kilku godzinach miałem dość.
-Idziemy przejść się do Matta?
Matt?
(Gdzie moje 5 snikersów?!)
-Przyszedłem przeprosić.-powiedziałem ze skruchą
W drzwiach stanął Matt. Oboje - on i Ash mieli miny jakby chcieli mnie zabić.
-Przyjmuję przeprosiny.-powiedział po czym zatrzasnął mi drzwi przed nosem
Chciałem coś powiedzieć jednak nic mi nie przyszło do głowy. Przez chwilę stałem pod drzwiami nie wiedząc co ze sobą zrobić. W końcu powłóczyłem nogami do swojego pokoju. Gdy otworzyłem drzwi rzuciłem się obok Johanny.
-Dostałem kosza...- usłyszałem śmiech w myślach
-To nie jest śmieszne. Ja tu cierpię!-fuknąłem
~Nikt nigdy nie dał ci kosza?
~Pff. Oczywiście. Tylko tym razem jakoś boli bardziej.
Spojrzała na mnie. Wydało mi się to absurdalne ale chciałem zobaczyć jej prawdziwe oczy. Oczy dziewczyny z którą nic mnie nie łączyło. Chciałem móc trzymać ją w ramionach. Poczuć ciepło jej skóry. Pocałować. Powiedzieć...powiedzieć że ją kocham. Kocham za to że nadal ze mną wytrzymuje. Że mnie chroni. Opiekuje się.
Jednak nie powiedziałem nic. Odwróciłem jedynie wzrok. Poczułem jakie to głupie. Jak przewidywalne. Zakochałem się w niej. I nie mogłem jej tego powiedzieć. Wyśmiałaby mnie. Nie mógł bym później spojrzeć jej w oczy.
~Wiem co poprawi ci humor.-zeszła z łóżka
-Zaskocz mnie.-starałem powiedzieć się to obojętnie
~Wstawaj. Bierz księgę. Pobawimy się w magię.
Zaczęła przeszukiwać moje rzeczy. Po chwili miała to czego szukała. Ledwie trzymała w pysku opasłą księgę
~Może w tej książce jest przepis na pyszną truciznę dla twojego przyjaciela?
Spojrzałem na nią. Nawet gdy zdradziłem ją w tak perfidny sposób dalej próbowała mi pomóc.
~Jesteś nienormalna.-uśmiechnąłem się słabo
~Jestem dziewczyną zmienioną w kota. Daleko mi do normalności.
Teraz uśmiechnąłem się szeroko. Wziąłem od niej księgę. Ona wzięła torbę z resztkami naszego jedzenia. Wyszliśmy. Po kilkunastu minutach byliśmy głęboko w lesie.
~Od czego zaczynamy?
~Może... (przywrócimy ci twoje ciało) pobawimy się w nekromantów?
~To nie biała magia.
~Wiem. Dzisiaj chcę być zły.-uśmiechnąłem się do niej
Zacząłem wymawiać pierwsze zaklęcia.
Po kilku godzinach miałem dość.
-Idziemy przejść się do Matta?
Matt?
(Gdzie moje 5 snikersów?!)
Od Clodie Sue c.d. Alison
Siedziałam z nosem w książce. Nigdzie nie ma nic na temat tego dziwnego stworzenia. Poczułam zimny pysk Snowdiego na ręce. Zerknęłam na niego i uśmiechnęłam się.
- Tak, wiem, powinnam uczyć się o tych rybach.. Ale no wiesz że to ode mnie silniejsze! - powiedziałam wesoło. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Momentalnie wstałam i gdy prawie byłam przy drzwiach, Snowdy przecisnął mi się między nogami, przez co przewróciłam się.
- Argh.. musisz tak zawsze? - powiedziałam łapiąc się za głowę. Sowdy popatrzył na mnie udając że nie wie o czym mówię. Podniosłam się i szybko podeszłam do drzwi. Stanęła przede mną.. ta dziewczyna. Chwila jak ona miała.. Alison!
- Oh.. Alison, tak? Proszę wejdź - uśmiechnęłam się i zaprosiłam ją do środka. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i weszła.
- Nie przedstawiłyśmy się Sobie do końca.. Nazywam się Alison Lahey. Chciałam Ci podziękować za opatrzenie mnie - powiedziała i wręczyła mi kwiaty oraz książkę. Bardzo ucieszyłam się z prezentu.
- Dziękuję bardzo! To naprawdę nic takiego, miewałam gorsze przypadki.. Jesteś elfem tak? Pierwszy raz w życiu spotykam elfa.. - zaczęłam się zachwycać. Niestety Snowdy znów wkroczył do akcji. Podbiegł do Alison i zaczął zachowywać się jak uhahany pies.
- Haha, tak. Ja też pierwszy raz w życiu widzę archanioła. A to jest smok prawda? - powiedziała śmiejąc się.
- Tak.. Nazywa się Snowdy - powiedziałam zażenowana. Nagle poczułam jakiś sygnał - Wybacz, muszę wyjść. Z chęcią bym Cię ugościła, ale to naprawdę ważne- powiedziałam szybko.
- Ja też za długo być nie mogłam. Wiesz, Newt i te sprawy - uśmiechnęła się. Pożegnałam ją i podziękowałam za gościnę. Czym prędzej pobiegłam w stronę lasu.
- Uhh, po co biec - powiedziałam sama do Siebie i odbiłam się od ziemi. Chwilę później szybowałam w powietrzu. Coś leciało wprost na mnie. Chwilę się przyjrzałam i zobaczyłam że to.. ptaki. Nie zdążyłam zmienić kierunku i parę mnie potrąciło. Spadłam na drzewa, które trochę zamortyzowały mój upadek. Okropnie bolało mnie skrzydło. Musiałam dotrzeć na miejsce. Już niedaleko. Wybiegłam na polanę. Tu coś powinno być. Zaczęło padać.
- Mistrzu! - krzyknęłam, wciąż trzymając się za skrzydło. Nagle coś również wyszło na polanę.
- Oh, jesteś wreszcie - powiedział wysoki mężczyzna. Miał...rogi.
- Kim jesteś.. i gdzie jest mistrz - burknęłam.
- Mistrz.. W sensie ten smok? Nie żyje - powiedział obojętnie. Po tych słowach się przestraszyłam. Jak to.. że mistrz.. nie, to nie prawda.
- Kim jesteś - tym razem warknęłam.
- Zastępcą mistrza. Twoim bratem. - teraz to już przegiął. To nie prawda.
- Łżesz. Mistrz żyje, a ty robisz Sobie żarty. Nie jesteś moim bratem i na pewno nas nic nie łączy. Nawet nie wyglądasz jak ja - powiedziałam ze łzami w oczach. Chłopak się uśmiechnął.
- Słuchaj Clodie, wiem że trudno Ci to przyjąć do wiadomości, ale to prawda. Nie znasz Swoich rodziców, prawda? Pochodzisz ze związku anioła i diabła. Myślisz że czemu jesteś archaniołem? Archanioły to upadłe anioły. Jesteś córką diabła. Ja synem. Jesteśmy rodziną - powiedział wkładając ręce w kieszenie. Stałam tak na środku polany. W deszczu. Nie było widać że płaczę. Za dużo informacji na raz.
- Snowdy.. Snowdy gdzie jesteś - wyszeptałam. Nie mogłam się poruszać. Strasznie bolało mnie skrzydło. Mężczyzna stał, najwidoczniej czekając na moją reakcję.
- No trudno, skoro nic nie powiesz, to chociaż Ci się przedstawię. Jestem Eric i mam 23 lata. Nie będę z Tobą mieszkał, ale będę kręcił się w okolicy. Czasem na Siebie wpadniemy. To na razie... Clodie. - powiedział, spojrzał na mnie i zniknął. Zostawił mnie. Samą. Z prawdopodobnie zwichniętym skrzydłem. W deszczu.
- Pomocy.. - wyszeptałam płacząc.
- Ah aniołeczku, musisz się dużo nauczyć - znowu go usłyszałam. Podszedł do mnie i mnie zabrał.
Alison?
- Tak, wiem, powinnam uczyć się o tych rybach.. Ale no wiesz że to ode mnie silniejsze! - powiedziałam wesoło. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Momentalnie wstałam i gdy prawie byłam przy drzwiach, Snowdy przecisnął mi się między nogami, przez co przewróciłam się.
- Argh.. musisz tak zawsze? - powiedziałam łapiąc się za głowę. Sowdy popatrzył na mnie udając że nie wie o czym mówię. Podniosłam się i szybko podeszłam do drzwi. Stanęła przede mną.. ta dziewczyna. Chwila jak ona miała.. Alison!
- Oh.. Alison, tak? Proszę wejdź - uśmiechnęłam się i zaprosiłam ją do środka. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i weszła.
- Nie przedstawiłyśmy się Sobie do końca.. Nazywam się Alison Lahey. Chciałam Ci podziękować za opatrzenie mnie - powiedziała i wręczyła mi kwiaty oraz książkę. Bardzo ucieszyłam się z prezentu.
- Dziękuję bardzo! To naprawdę nic takiego, miewałam gorsze przypadki.. Jesteś elfem tak? Pierwszy raz w życiu spotykam elfa.. - zaczęłam się zachwycać. Niestety Snowdy znów wkroczył do akcji. Podbiegł do Alison i zaczął zachowywać się jak uhahany pies.
- Haha, tak. Ja też pierwszy raz w życiu widzę archanioła. A to jest smok prawda? - powiedziała śmiejąc się.
- Tak.. Nazywa się Snowdy - powiedziałam zażenowana. Nagle poczułam jakiś sygnał - Wybacz, muszę wyjść. Z chęcią bym Cię ugościła, ale to naprawdę ważne- powiedziałam szybko.
- Ja też za długo być nie mogłam. Wiesz, Newt i te sprawy - uśmiechnęła się. Pożegnałam ją i podziękowałam za gościnę. Czym prędzej pobiegłam w stronę lasu.
- Uhh, po co biec - powiedziałam sama do Siebie i odbiłam się od ziemi. Chwilę później szybowałam w powietrzu. Coś leciało wprost na mnie. Chwilę się przyjrzałam i zobaczyłam że to.. ptaki. Nie zdążyłam zmienić kierunku i parę mnie potrąciło. Spadłam na drzewa, które trochę zamortyzowały mój upadek. Okropnie bolało mnie skrzydło. Musiałam dotrzeć na miejsce. Już niedaleko. Wybiegłam na polanę. Tu coś powinno być. Zaczęło padać.
- Mistrzu! - krzyknęłam, wciąż trzymając się za skrzydło. Nagle coś również wyszło na polanę.
- Oh, jesteś wreszcie - powiedział wysoki mężczyzna. Miał...rogi.
- Kim jesteś.. i gdzie jest mistrz - burknęłam.
- Mistrz.. W sensie ten smok? Nie żyje - powiedział obojętnie. Po tych słowach się przestraszyłam. Jak to.. że mistrz.. nie, to nie prawda.
- Kim jesteś - tym razem warknęłam.
- Zastępcą mistrza. Twoim bratem. - teraz to już przegiął. To nie prawda.
- Łżesz. Mistrz żyje, a ty robisz Sobie żarty. Nie jesteś moim bratem i na pewno nas nic nie łączy. Nawet nie wyglądasz jak ja - powiedziałam ze łzami w oczach. Chłopak się uśmiechnął.
- Słuchaj Clodie, wiem że trudno Ci to przyjąć do wiadomości, ale to prawda. Nie znasz Swoich rodziców, prawda? Pochodzisz ze związku anioła i diabła. Myślisz że czemu jesteś archaniołem? Archanioły to upadłe anioły. Jesteś córką diabła. Ja synem. Jesteśmy rodziną - powiedział wkładając ręce w kieszenie. Stałam tak na środku polany. W deszczu. Nie było widać że płaczę. Za dużo informacji na raz.
- Snowdy.. Snowdy gdzie jesteś - wyszeptałam. Nie mogłam się poruszać. Strasznie bolało mnie skrzydło. Mężczyzna stał, najwidoczniej czekając na moją reakcję.
- No trudno, skoro nic nie powiesz, to chociaż Ci się przedstawię. Jestem Eric i mam 23 lata. Nie będę z Tobą mieszkał, ale będę kręcił się w okolicy. Czasem na Siebie wpadniemy. To na razie... Clodie. - powiedział, spojrzał na mnie i zniknął. Zostawił mnie. Samą. Z prawdopodobnie zwichniętym skrzydłem. W deszczu.
- Pomocy.. - wyszeptałam płacząc.
- Ah aniołeczku, musisz się dużo nauczyć - znowu go usłyszałam. Podszedł do mnie i mnie zabrał.
Alison?
Od Alison c.d. Clodie Sue
Obudziłam się w swoim pokoju w akademii. Byłam spanikowana. Szybkim ruchem ściągnęłam kołdrę z moich nóg. O dziwno nie czułam już żadnego bólu a noga wyglądała tak jak zawsze. Wstałam i poszłam do łazienki aby wziąć prysznic. Usłyszałam pukanie do drzwi. Szybko wytarłam się ręcznikiem i ubrałam. Otworzyłam drzwi.
-Hę..? - zdziwiłam się
Nikogo nie było. Wyszłam na korytarz aby się upewnić ale nikogo nie widziałam. Stałam tak przez moment gdy zobaczyłam zbliżającego się Newt'a.
-Hej ! - pomachałam mu
-Powinnaś odpoczywać. - powiedział
-Przecież nic mi nie jest - uśmiechnęłam się
-Wiem, zadziwiająco szybko pozbyła się twojej rany. - mruknął
-Kto? - zaciekawiłam się
-Ona. Ta ,,dziewczyna ze skrzydłami,,. Nazywa się Clodie Sue. Uratowała Cię.
-Oh.. - spojrzałam w ziemię - Muszę się jej jakoś odwdzięczyć.
-Nie wydaje mi się to konieczne.
-A mi tak, idę do ogrodu. Zerwę kilka roślin. Może w mieście kupię jej jakąś książkę... albo dam jej jakąś moją? Co ty na to?
-Rób co uważasz za słuszne. Byłem właśnie bibliotece, ona jest Archaniołem.
-Nigdy wcześniej nie spotkałam Archanioła. - lekki uśmiech pojawił się na mojej twarzy
-Mam iść z Tobą czy dasz sobie radę sama? - zapytał Newt
-Pójdę sama. - odparłam i ruszyłam do wyjścia z akademii
Od razu skierowałam się do ogrodu. Musiałam trochę pochodzić po krzakach aby znaleźć coś odpowiedniego, wręcz idealnego co według mnie pasowało do Archanioła. W końcu je znalazłam. Zrobiłam z nich bukiet.
-Teraz jeszcze może jakaś książka... - zastanawiałam się co może się spodobać Archaniołowi
~Newt. Gdzie jesteś? - powiedziałam do niego w myślach
~Za Tobą - powiedział a ja szybko się odwróciłam
-Potrzebuje abyś mnie zawiózł do miasteczka.
-I tak miałem w planie to zrobić.
Po szybkich zakupach wybrałam z wszystkich kupionych książek najlepszą i wraz z Newt'em wygrałam się do domku Clodie Sue.
-Na pewno chcesz iść sama? - zapytał Newt zmieniając się w wilka
-Tak. - odparłam
-Pamiętaj.. jak coś to będę w pobliżu.
Podeszłam do drzwi. W ręku miałam koszyczek z bukietem oraz książką. Delikatnie zapukałam do drzwi.
Clodie Sue?
-Hę..? - zdziwiłam się
Nikogo nie było. Wyszłam na korytarz aby się upewnić ale nikogo nie widziałam. Stałam tak przez moment gdy zobaczyłam zbliżającego się Newt'a.
-Hej ! - pomachałam mu
-Powinnaś odpoczywać. - powiedział
-Przecież nic mi nie jest - uśmiechnęłam się
-Wiem, zadziwiająco szybko pozbyła się twojej rany. - mruknął
-Kto? - zaciekawiłam się
-Ona. Ta ,,dziewczyna ze skrzydłami,,. Nazywa się Clodie Sue. Uratowała Cię.
-Oh.. - spojrzałam w ziemię - Muszę się jej jakoś odwdzięczyć.
-Nie wydaje mi się to konieczne.
-A mi tak, idę do ogrodu. Zerwę kilka roślin. Może w mieście kupię jej jakąś książkę... albo dam jej jakąś moją? Co ty na to?
-Rób co uważasz za słuszne. Byłem właśnie bibliotece, ona jest Archaniołem.
-Nigdy wcześniej nie spotkałam Archanioła. - lekki uśmiech pojawił się na mojej twarzy
-Mam iść z Tobą czy dasz sobie radę sama? - zapytał Newt-Pójdę sama. - odparłam i ruszyłam do wyjścia z akademii
Od razu skierowałam się do ogrodu. Musiałam trochę pochodzić po krzakach aby znaleźć coś odpowiedniego, wręcz idealnego co według mnie pasowało do Archanioła. W końcu je znalazłam. Zrobiłam z nich bukiet.
-Teraz jeszcze może jakaś książka... - zastanawiałam się co może się spodobać Archaniołowi
~Newt. Gdzie jesteś? - powiedziałam do niego w myślach
~Za Tobą - powiedział a ja szybko się odwróciłam
-Potrzebuje abyś mnie zawiózł do miasteczka.
-I tak miałem w planie to zrobić.
Po szybkich zakupach wybrałam z wszystkich kupionych książek najlepszą i wraz z Newt'em wygrałam się do domku Clodie Sue.
-Na pewno chcesz iść sama? - zapytał Newt zmieniając się w wilka
-Tak. - odparłam
-Pamiętaj.. jak coś to będę w pobliżu.
Podeszłam do drzwi. W ręku miałam koszyczek z bukietem oraz książką. Delikatnie zapukałam do drzwi.
Clodie Sue?
Od Alison c.d. Derek'a
-Heej ! - krzyknęłam
Nic.
-Tu jestem ! - krzyczałam dalej
Nie słyszeli mnie. Nie mogłam nic zrobić. Byłam czymś w rodzaju ducha. Nie mogli mnie usłyszeć, ani zobaczyć. Byłam zakłopotana. Nie wiedziałam co mam zrobić. Opadłam na ziemię i oparłam się o ścianę. Zakryłam twarz rękoma. Z oczu zaczęły płynąć mi łzy. Podniosłam głowę i patrzyłam na nich bezradnie. Wszystkie bliskie mi osoby były przy moim szpitalnym łóżku. Derek, Newt i Johanna. Kochałam ich. Chce do nich wrócić. Chcę znów ich przytulić.
Minęło pół dnia. Zmieniali się na wszelki wypadek gdybym miała się obudzić. Najpierw była Johanna, potem Derek i na koniec Newt. W tej postaci nie odczuwałam głodu ani nic z tych rzeczy. Byłam tylko lekko spragniona ale nie mogłam niczego dotknąć. Wszystkie przedmioty które próbowałam wziąć do ręki, przenikały prze nią. Próbowałam przejść przez ścianę ale najwidoczniej to tak nie działa. Zyskałam tylko guza na czole i nic więcej.
-Pssst. Widzę, że się świetnie bawisz. - usłyszałam znajomy głos i spojrzałam w stronę drzwi wejściowych
Oparty o futrynę drzwi stał Chris.
-Co ty tutaj robisz? - zapytałam
-Chcę Ci pomóc do nich wrócić. - szepnął i kiwnął głową abym do niego podeszła.
Dostrzegłam, że ma maskę. Chyba lisa ale nie jestem pewna. Wstałam z ziemi i wolnym lecz coraz szybszym krokiem ruszyłam do niego. Gdy byłam już przy nim uderzyłam go pięścią w brzuch. Z oczu zaczęły płynąć mi łzy. Chris złapał się w miejsce gdzie go uderzyłam a potem spojrzał na mnie.
-Niezły cios, ale musimy stąd iść zanim mnie usłyszą - uśmiechnął się spod maski która opadła mu na twarz, podniósł ją do góry i z ukosa patrzył na mnie.
-Kto Cię usłyszy? - zapytałam
Chris spokojnie obszedł mnie i ruszył w kierunku moich bliskich.
-Co się jej stało ? - zapytał, a ja stałam i patrzyłam na niego z daleka
-Została postrzelona i straciła dużo krwi. - odparł Derek.
-Mhm.. - Chris kiwnął głową - Życzę jej zdrowia. - powiedział i odszedł od nich
Gdy był koło mnie zapytałam jak to zrobił lecz on kazał mi kontynuować to co mówiłam wcześniej.
-To lustro... przecież ono miało mi pomóc.
-W normalnych okolicznościach by pomogło. - odwrócił się i ruszył korytarzem przed siebie, poszłam za nim
-Nie rozumiem... jak to normalnych okolicznościach? - dopytywałam
-No... jakby Ci to wyjaśnić. Ludzie tacy jak ty muszą albo mieć powody dla których przenieśli się do naszego świata albo po prostu umarli. Ty jesteś czymś pomiędzy. Lustro tylko pogorszyło sprawę. Gdy przez nie przeszłaś, pękło. Ja i Nick sprawdziliśmy to zaraz po tym jak rada dała sobie spokój z szukaniem Ciebie. Gdybyś miała potrzebę wejść do naszego świata, po tym jak straciłaś przytomność tutaj to sprawa byłaby prosta i lustro bez problemu by Cię przepuściło. Ale niestety, że byłaś umierająca lustro chciało Cię zatrzymać.
-Więc.... co teraz ? - zapytałam
-Ta maska którą mam trzyma mnie przy tym świecie. I jak sama widziałaś, mogę normalnie rozmawiać z ludźmi tutaj.
-Więc o to chodziło Nick'owi gdy mówił o sprowadzeniu mnie tam.
-Tak, od czasu do czasu dla towarzystwa sprowadzałem sobie tam kogo popadnie.
Kiwnęłam głową.
-Ale co ze mną? Jak mam tu wrócić? - zapytałam
-Jeszcze nie wiem. Musimy zaczekać na znak od Nick'a. Ale w tym czasie pokaże Ci pewne rzeczy które możesz zrobić. - odwrócił się do mnie - Próbowałaś przejść przez ścianę?
-Taak.. - potarłam się ręką po czole - Nie wyszło. Za to dorobiłam się siniaka na czole i bólu głowy. - uśmiechnęłam się
-Bo źle do tego podeszłaś. Byłaś smutna. Jeżeli chcesz przejść przez ścianę lub złapać jakiś przedmiot musisz tego chcieć.
-A nie mogę dostać takiej maski jak ty i byłoby po problemie? - zapytałam
-Nie, nie, nie.. Twoje ciało leży tam na szpitalnej sali a twoja dusza musi zostać niewidzialna dla żywych.
-A czy ty.. mnie widzisz?
-Tak, ponieważ jestem duchem, widzę też inne duchy które są na tym świecie. Także wiem kto używa magi aby dostać się do tego świata.
-Czegoś w stylu twojej maski?
-Tak.
-Mhhmm. - mruknęłam
-Masz - wyjął z kieszeni ołówek i kartkę - Spróbuj coś napisać
Próbowałam wziąć je do ręki lecz przeleciały przez moje dłonie i opadły na ziemię.
-Teraz je podnieś. Ale pamiętaj, musisz chcieć.
Schyliłam się. W głowie panowała tylko jedna myśl. ,,Chcę,, ,,Chcę,, ,,Chcę,, Poczułam w moich dłoniach ołówek oraz kartkę papieru.
-Brawo, udało Ci się - odparł Chris
-Co mam z tym zrobić? - wstałam z ziemi
-Napisz wiadomość do swoich bliskich. - uśmiechnął się. - To na razie jedyny sposób na kontakt z nimi.
Podeszłam do stolika który stał niedaleko nas i na kartce papieru napisałam. ;
,,Jestem tu - Alison,,
-Teraz możesz im ją zanieść. - powiedział Chris i objął mnie za ramie, wolnym krokiem ruszyliśmy do szpitalnego łóżka przy którym nadal siedział Derek, Newt i Johanna.
-Idź sama. - odparł
-Mam lepszy plan.
Z kartki papieru zaczęłam robić mały samolocik i gdy był gotowy rzuciłam nim w stronę przyjaciół. Leciał idealnie i trafił prosto na moje ciało.
-Gotowe?
-Tak - odparłam
Derek?
Nic.
-Tu jestem ! - krzyczałam dalej
Nie słyszeli mnie. Nie mogłam nic zrobić. Byłam czymś w rodzaju ducha. Nie mogli mnie usłyszeć, ani zobaczyć. Byłam zakłopotana. Nie wiedziałam co mam zrobić. Opadłam na ziemię i oparłam się o ścianę. Zakryłam twarz rękoma. Z oczu zaczęły płynąć mi łzy. Podniosłam głowę i patrzyłam na nich bezradnie. Wszystkie bliskie mi osoby były przy moim szpitalnym łóżku. Derek, Newt i Johanna. Kochałam ich. Chce do nich wrócić. Chcę znów ich przytulić.
Minęło pół dnia. Zmieniali się na wszelki wypadek gdybym miała się obudzić. Najpierw była Johanna, potem Derek i na koniec Newt. W tej postaci nie odczuwałam głodu ani nic z tych rzeczy. Byłam tylko lekko spragniona ale nie mogłam niczego dotknąć. Wszystkie przedmioty które próbowałam wziąć do ręki, przenikały prze nią. Próbowałam przejść przez ścianę ale najwidoczniej to tak nie działa. Zyskałam tylko guza na czole i nic więcej.
-Pssst. Widzę, że się świetnie bawisz. - usłyszałam znajomy głos i spojrzałam w stronę drzwi wejściowych
Oparty o futrynę drzwi stał Chris.
-Co ty tutaj robisz? - zapytałam
-Chcę Ci pomóc do nich wrócić. - szepnął i kiwnął głową abym do niego podeszła.
Dostrzegłam, że ma maskę. Chyba lisa ale nie jestem pewna. Wstałam z ziemi i wolnym lecz coraz szybszym krokiem ruszyłam do niego. Gdy byłam już przy nim uderzyłam go pięścią w brzuch. Z oczu zaczęły płynąć mi łzy. Chris złapał się w miejsce gdzie go uderzyłam a potem spojrzał na mnie.-Niezły cios, ale musimy stąd iść zanim mnie usłyszą - uśmiechnął się spod maski która opadła mu na twarz, podniósł ją do góry i z ukosa patrzył na mnie.
-Kto Cię usłyszy? - zapytałam
Chris spokojnie obszedł mnie i ruszył w kierunku moich bliskich.
-Co się jej stało ? - zapytał, a ja stałam i patrzyłam na niego z daleka
-Została postrzelona i straciła dużo krwi. - odparł Derek.
-Mhm.. - Chris kiwnął głową - Życzę jej zdrowia. - powiedział i odszedł od nich
Gdy był koło mnie zapytałam jak to zrobił lecz on kazał mi kontynuować to co mówiłam wcześniej.
-To lustro... przecież ono miało mi pomóc.
-W normalnych okolicznościach by pomogło. - odwrócił się i ruszył korytarzem przed siebie, poszłam za nim
-Nie rozumiem... jak to normalnych okolicznościach? - dopytywałam
-No... jakby Ci to wyjaśnić. Ludzie tacy jak ty muszą albo mieć powody dla których przenieśli się do naszego świata albo po prostu umarli. Ty jesteś czymś pomiędzy. Lustro tylko pogorszyło sprawę. Gdy przez nie przeszłaś, pękło. Ja i Nick sprawdziliśmy to zaraz po tym jak rada dała sobie spokój z szukaniem Ciebie. Gdybyś miała potrzebę wejść do naszego świata, po tym jak straciłaś przytomność tutaj to sprawa byłaby prosta i lustro bez problemu by Cię przepuściło. Ale niestety, że byłaś umierająca lustro chciało Cię zatrzymać.
-Więc.... co teraz ? - zapytałam
-Ta maska którą mam trzyma mnie przy tym świecie. I jak sama widziałaś, mogę normalnie rozmawiać z ludźmi tutaj.
-Więc o to chodziło Nick'owi gdy mówił o sprowadzeniu mnie tam.
-Tak, od czasu do czasu dla towarzystwa sprowadzałem sobie tam kogo popadnie.
Kiwnęłam głową.
-Ale co ze mną? Jak mam tu wrócić? - zapytałam
-Jeszcze nie wiem. Musimy zaczekać na znak od Nick'a. Ale w tym czasie pokaże Ci pewne rzeczy które możesz zrobić. - odwrócił się do mnie - Próbowałaś przejść przez ścianę?
-Taak.. - potarłam się ręką po czole - Nie wyszło. Za to dorobiłam się siniaka na czole i bólu głowy. - uśmiechnęłam się
-Bo źle do tego podeszłaś. Byłaś smutna. Jeżeli chcesz przejść przez ścianę lub złapać jakiś przedmiot musisz tego chcieć.
-A nie mogę dostać takiej maski jak ty i byłoby po problemie? - zapytałam
-Nie, nie, nie.. Twoje ciało leży tam na szpitalnej sali a twoja dusza musi zostać niewidzialna dla żywych.
-A czy ty.. mnie widzisz?
-Tak, ponieważ jestem duchem, widzę też inne duchy które są na tym świecie. Także wiem kto używa magi aby dostać się do tego świata.
-Czegoś w stylu twojej maski?
-Tak.
-Mhhmm. - mruknęłam
-Masz - wyjął z kieszeni ołówek i kartkę - Spróbuj coś napisać
Próbowałam wziąć je do ręki lecz przeleciały przez moje dłonie i opadły na ziemię.
-Teraz je podnieś. Ale pamiętaj, musisz chcieć.
Schyliłam się. W głowie panowała tylko jedna myśl. ,,Chcę,, ,,Chcę,, ,,Chcę,, Poczułam w moich dłoniach ołówek oraz kartkę papieru.
-Brawo, udało Ci się - odparł Chris
-Co mam z tym zrobić? - wstałam z ziemi
-Napisz wiadomość do swoich bliskich. - uśmiechnął się. - To na razie jedyny sposób na kontakt z nimi.
Podeszłam do stolika który stał niedaleko nas i na kartce papieru napisałam. ;
,,Jestem tu - Alison,,
-Teraz możesz im ją zanieść. - powiedział Chris i objął mnie za ramie, wolnym krokiem ruszyliśmy do szpitalnego łóżka przy którym nadal siedział Derek, Newt i Johanna.
-Idź sama. - odparł
-Mam lepszy plan.
Z kartki papieru zaczęłam robić mały samolocik i gdy był gotowy rzuciłam nim w stronę przyjaciół. Leciał idealnie i trafił prosto na moje ciało.
-Gotowe?
-Tak - odparłam
Derek?
Od Clodie Sue c.d. Alison
Siedziałam Sobie spokojnie nad rzeką i obserwowałam zachowanie ryb. Ach, czego oni każą się uczyć. W sumie trochę bałam się patrzeć bezpośrednio w taflę wody, nie znam tych wód, być może czai się tam coś złego. Gdy tak Sobie siedziałam i rozmyślałam nad sensem życia, usłyszałam hałas. Od niechcenia odwróciłam się i zobaczyłam biegnącego na mnie wilka. Niestety było za późno, a wilk nie wyhamował i wpadł we mnie. Poleciałam i wpadłam do wody. Przeklęłam cicho i czym prędzej się wygramoliłam. Już miałam zacząć tok pełnych pretensji i urażenia słów, jednak wilk był szybszy.
- Alison.. ona.. to coś.. tam.. - wydyszał zmęczony. Spojrzałam się w stronę dziewczyny, która była w oddali. Leżała na ziemi i trzymała się kurczowo za lewą nogę. Coś na niej było.. No cóż.. Czasem trzeba.. Postanowiłam użyć skrzydeł. Szybko i zgrabnie podleciałam. Szybko rzuciłam czar, który poraża z lekka agresora, ten się puścił i.. zniknął. Tak po prostu się rozpłynął.. Spojrzałam na nogę dziewczyny. W miejscu ugryzienia miała ranę z której wolno sączyła się krew. Popatrzyłam na dziewczynę. Była nieprzytomna. Chwilę później dobiegł wilk.
- Muszę ją zabrać do Siebie i opatrzyć, mogę? - Z doświadczenia wiem że opiekuna trzeba pytać o zgodę. W tej sytuacji uznałam go za opiekuna. Zmienił się w człowieka.
- Tak.. Tylko ją uratuj.. Proszę.. - był zdesperowany. Mocno. Skontaktowałam się z Snowdym. Przyleciał chwilę później. Całe szczęście że był w pobliżu.
- To taki mój ambulans. Spokojnie przewiezie dwie osoby, mimo iż to dziecko - dodałam, pokazując mu aby wszedł na niego.
- Ale.. Dam radę, dojdę do was - powiedział.
- Ktoś musi ją trzymać jak będzie leciała. Ja muszę nadzorować aby Snowdy leciał dobrze. Szybko zanim się wykrwawi - pośpieszyłam go. To dało mu pewien zastrzyk adrenaliny. Po chwili już byliśmy w locie. Coraz lepiej szło mi latanie. Snowdy też nieźle Sobie radził jak na roczniaka. Wylądowaliśmy w moim domu. Zgrabnie przeniosłam ją na łóżko i szybko opatrzyłam nogę. Wilk, który był już człowiekiem, siedział przy stole i nerwowo patrzył na wszystko co robię. Podeszłam do niego i stwierdziłam że to jest właściwy moment na przedstawienie się.
- Jestem Clodie Sue Wint. Można mi mówić Clodie lub po prostu Sue. Z dziewczyną jest w porządku, już jutro będzie mogła normalnie sama chodzić. - uspokoiłam go. Chłopak odetchnął z ulgą.
- Jestem Newt. Alison jest dla mnie bardzo ważna, więc dziękuję za zaopiekowanie się nią. Myślę że wpadnie jeszcze na Ciebie... Mogę ją zabrać? Położę ją u niej. Jak będą komplikacje, to oczywiście poinformuję Cię - odparł chłopak.
- Oczywiście. Często nie ma mnie w domu, więc jak coś to pytaj Alison.. Alison tak? Jak coś to pytaj Aliosn jaką pracę domową zadali, dzisiaj uczyłam się zachowania ryb, dlatego siedziałam nad rzeką. Ojj mieliście naprawdę bardzo dużo szczęścia.. - powiedziałam i pomogłam chłopakowi podnieść dziewczynę. Gdy wyszedł, stanęłam przed Snowdym.
- Snowdy, co to do cholery było.. Czeka nas długa noc.. Idę do biblioteki, pomożesz mi szukać informacji - powiedziawszy to wyszłam z domu i ruszyłam w stronę akademii.
Alison?
- Alison.. ona.. to coś.. tam.. - wydyszał zmęczony. Spojrzałam się w stronę dziewczyny, która była w oddali. Leżała na ziemi i trzymała się kurczowo za lewą nogę. Coś na niej było.. No cóż.. Czasem trzeba.. Postanowiłam użyć skrzydeł. Szybko i zgrabnie podleciałam. Szybko rzuciłam czar, który poraża z lekka agresora, ten się puścił i.. zniknął. Tak po prostu się rozpłynął.. Spojrzałam na nogę dziewczyny. W miejscu ugryzienia miała ranę z której wolno sączyła się krew. Popatrzyłam na dziewczynę. Była nieprzytomna. Chwilę później dobiegł wilk.
- Muszę ją zabrać do Siebie i opatrzyć, mogę? - Z doświadczenia wiem że opiekuna trzeba pytać o zgodę. W tej sytuacji uznałam go za opiekuna. Zmienił się w człowieka.
- Tak.. Tylko ją uratuj.. Proszę.. - był zdesperowany. Mocno. Skontaktowałam się z Snowdym. Przyleciał chwilę później. Całe szczęście że był w pobliżu.
- To taki mój ambulans. Spokojnie przewiezie dwie osoby, mimo iż to dziecko - dodałam, pokazując mu aby wszedł na niego.
- Ale.. Dam radę, dojdę do was - powiedział.
- Ktoś musi ją trzymać jak będzie leciała. Ja muszę nadzorować aby Snowdy leciał dobrze. Szybko zanim się wykrwawi - pośpieszyłam go. To dało mu pewien zastrzyk adrenaliny. Po chwili już byliśmy w locie. Coraz lepiej szło mi latanie. Snowdy też nieźle Sobie radził jak na roczniaka. Wylądowaliśmy w moim domu. Zgrabnie przeniosłam ją na łóżko i szybko opatrzyłam nogę. Wilk, który był już człowiekiem, siedział przy stole i nerwowo patrzył na wszystko co robię. Podeszłam do niego i stwierdziłam że to jest właściwy moment na przedstawienie się.
- Jestem Clodie Sue Wint. Można mi mówić Clodie lub po prostu Sue. Z dziewczyną jest w porządku, już jutro będzie mogła normalnie sama chodzić. - uspokoiłam go. Chłopak odetchnął z ulgą.
- Jestem Newt. Alison jest dla mnie bardzo ważna, więc dziękuję za zaopiekowanie się nią. Myślę że wpadnie jeszcze na Ciebie... Mogę ją zabrać? Położę ją u niej. Jak będą komplikacje, to oczywiście poinformuję Cię - odparł chłopak.
- Oczywiście. Często nie ma mnie w domu, więc jak coś to pytaj Alison.. Alison tak? Jak coś to pytaj Aliosn jaką pracę domową zadali, dzisiaj uczyłam się zachowania ryb, dlatego siedziałam nad rzeką. Ojj mieliście naprawdę bardzo dużo szczęścia.. - powiedziałam i pomogłam chłopakowi podnieść dziewczynę. Gdy wyszedł, stanęłam przed Snowdym.
- Snowdy, co to do cholery było.. Czeka nas długa noc.. Idę do biblioteki, pomożesz mi szukać informacji - powiedziawszy to wyszłam z domu i ruszyłam w stronę akademii.
Alison?
Subskrybuj:
Posty (Atom)