wtorek, 2 sierpnia 2016

Od Alison do Eric'a

Leżałam na łóżku wpatrzona w sufit pokoju. Było już dawno po zajęciach. Brak pracy domowej, brak nauki. I dobrze. Mogłam jakoś spędzić ten czas. Tylko pytanie; jak? Nigdzie nie mogłam znaleźć Newt'a. Ciekawi mnie co się z nim dzieje. Ostatnio jakoś dziwnie się zachowywał. Może coś mu się stało a ja o tym nie wiem? Ohh.. daj spokój Alison. Przecież to Newt. On sobie poradzi. Podniosłam się i podeszłam koło okna. Było duszno w pokoju więc je lekko uchyliłam.
-Ghh - szybkim ruchem zamknęłam okno przy którym stała
Chłodny wiaterek zawiał mi prosto w twarz, a po ciele przebiegły mi ciarki. Podeszłam do szafy i wygrzebałam z niej ciepły, wełniany sweterek oraz dłuższe, czarne spodnie. Ubrałam się i wyszłam z pokoju. Myślami błądziłam po innym świecie. Zastanawiałam się jak to jest móc latać. Choćby nawet na smoku. Nie ważne na czym i nie ważne jak byleby latać. Szkoda, że nie mam skrzydeł. Mogłabym stąd odlecieć. Chociaż nie mogę narzekać, nie jest tu aż tak źle. Wszyscy są mili i życzliwi dla Siebie na wzajem. Cieszy mnie to, widok osób które wzajemnie się wspierają. Brakowało mi tego. Kilka lat temu gdy potrzebowałam wsparcia miałam tylko Derek'a który nie zbyt sobie radził z moimi emocjami. Lecz gdy z wiekiem mądrzałam pomoc nie była mi potrzebna. Maskowałam smutek uśmiechem. Odgradzałam od mózgu złe rzeczy które spotkały serce. Nauczyłam się z tym żyć. Gdy zdarzyło mi się coś złego starałam się nie pokazywać tego po Sobie. Ale na prawdę cieszę się z tego, że był przy mnie brat. To on nie pozwolił mi upaść na dno. Dno... to jest najgorsze. Potrzeba silnej ręki aby się stamtąd wydostać. Przeważnie ludzie którzy upadli na dno umierają.. w samotności.. jako samobójcy. Dobra, koniec tej smutnej gadaniny. Miałam ochotę coś przekąsić. W podskokach udałam się do miasteczka które o tej godzinie było przepełnione kupcami z różnych regionów świata. Coś dla mnie, dużo nowych ludzi i ich kultur. A przede wszystkim ich jedzenia. Zjadłabym jakiś super owoc, który pozwoliłby mi na latanie. Po chwili zastanowienia się doszłam do wniosku, że mogłoby to być możliwe. Taki już jest nasz świat. Wchodząc do miasta zauważyłam ogrom ludzi stojących obok stoiska z ,,czymś,,. Nie do końca wiem co tam było ponieważ tłum ludzi zablokował mi spojrzenie na sprzedawcę oraz jego towar.
-Hmm.. jakby tu... - zastanawiałam się jak odciągnąć ludzi od stoiska.
Schowałam się w cichej uliczce z ślepym zaułkiem. Znalazłam w pobliżu kilka gazet oraz trochę starych ubrań. Ułożyłam je na ziemi w formie leżącego ciała. Żeby było trochę bardziej rzeczywiście udałam się na bazar i kupiłam jakieś tanie czerwone wino które wylałam koło ,,ciała,,. Byłam pewna, że nikt mnie nie widział. Wszystko było gotowe. Wyjrzałam zza rogu. Ludzi przy stoisku było coraz więcej, gromadzili się jak mrówki. W sumie to było nawet śmieszne. Ale wracając teraz wystarczyło tylko..
-AAAAA! - wybiegłam z uliczki krzycząc, kierowałam się do stoiska, złapałam jakiegoś mężczyznę za rękaw - Tam..tam.. tam jest ciało... człowieka.. martwe... - mówiłam przez udawany płacz
-Co ty gadasz dziecino? - zapytał inny z tłumu zgromadzonych przy stoisku
-Wydaje mi się, że widziałam go. On ją zamordował. Chciał dopaść mnie ale uciekłam. - taa jasne, mogłaś wymyślić coś lepszego Alison
-Chłopaki, chodźcie. Trzeba go znaleźć. Ty zostań, tutaj będziesz bezpieczna. - powiedział do mnie
Po chwili wszyscy odeszli od stoiska i w końcu mogłam zobaczyć co ich tak zainteresowało.
-Radziłbym Ci się pospieszyć zanim zorientują się, że ich nabrałaś. - parsknął sprzedawca nie podnosząc głowy
-Co? Ja.. ja..jak to nabrałam, przecież ja nic nie zrobiłam.- nie do wiary, jak on mógł się domyśleć?
-Dobrze wiem co zrobiłaś. Ja wiem wszystko mała.  - spojrzał na mnie chytrym wzrokiem, który zatrzymał się na moim wisiorku po czym szybko dodał - Skąd to masz?
-Powiem Ci jak ty odpowiesz na moje pytanie. - zaczęłam się z nim droczyć
-Widziałem jak szłaś z gazetami a potem winem. A z początku patrzyłem jak próbujesz wcisnąć się w grono tych mężczyzn. - przerwał - Teraz gadaj skąd to masz?
-Mógłbyś być milszy.
-Proszę powiedz mi skąd masz ten wisiorek. - spojrzał na mnie wrednym wzrokiem - Lepiej?
-Tak, lepiej. Dostałam go od brata. A dlaczego Cię tak zainteresował?
-Ponieważ jest ładny. - powiedział szybko a po chwili zaczął pakować swoje rzeczy do torby
-Co pan robi? - zapytałam
-A nie widać? Pakuje się.
-Eh.. to ja nie będę Panu przeszkadzać. - parsknęłam i odeszłam
Szłam w stronę Akademii. Miałam dziwne uczucie jakby ktoś śledził każdy mój ruch. Zignorowałam to i w podskokach podeszłam do wielkiego drzewa które od razu przyciągnęło moja uwagę ze względu na kolorowe liście. Podchodząc bliżej zauważyłam, że to nie tylko są liście a także motyle które chowały się i kamuflowały niczym kameleony pośród gałęzi. Nagle jeden z motylków odleciał i usiadł mi na ręce. Ku mojemu zdziwieniu na motylku siedział mały człowieczek. Wróżka? Nie to było coś innego. W każdym bądź razie wyglądało uroczo. Osóbka zeszła z motylka i stała przyglądając się mi. Po chwili zrobiła dziwny gest po którym zaczęło piszczeć mi w uszach a spora ilość motylów oderwała się od drzewa i zmierzyła w moim kierunku. Motylki coś wiozły. Jakby.. naszyjnik? Stałam w bezruchu i patrzyłam na to co robią. Gdy podleciały bliżej już byłam pewna, że jest to naszyjnik. Motylki rozdzieliły się, jeden był z lewej i trzymał jeden koniec, a drugi z prawej. Zatrzymali się przed moją szyją i chwilkę czekali. Małe ludziki zeskoczyły na moje ramiona i powędrowały na kark. Odgarnęłam włosy do góry aby nie przeszkadzały im w założeniu naszyjnika. Motylki poleciały za moje plecy zostawiając na szyi naszyjnik. Ludziki zapięły go po czym znów wskoczyły na motylki. Kiwnięciem głowy podziękowałam im. Włosy opadły mi na plecy. Patrzyłam jak stworzenia powracają na drzewo. Wycofałam się i ruszyłam drogą prowadzącą do Akademii. Dopiero po chwili zaczęłam zastanawiać się co jest na wisiorku. Były to czerwone skrzydełka motyla zawieszone na cienkiej nitce. Muszę przyznać, że wyglądał ślicznie.
-Ciekawe dlaczego podarowały go mi... - szepnęłam pod nosem
Droga którą szłam naglę się skończyła a zanim zdążyłam się obejrzeć zapadł zmrok. A co najdziwniejsze byłam w Przeklętym Lesie.... To miejsce zawsze mnie odstraszało, dlatego zawsze starałam się je omijać. Jak ja mogłam tu trafić przypadkiem? Przecież ścieżka.. ona prowadziła do Akademii a nie tego lasu. Mimo własnej woli ruszyłam w głąb lasu. Z każdym krokiem robiło się tutaj coraz bardziej okropnie i przerażająco. W oddali dostrzegłam światło, jakby od lampy albo czegoś w tym stylu. Już miałam podążać w tamtą stronę, lecz przypomniało mi się gdzie jestem i jak to miejsce próbuje nabrać nasz mózg.
-Mózgu nie daj się, to tylko złudzenie. - parsknęłam
Do moich uszu dobrnął dziwny dźwięk. Czyjś jęk. Potem płacz, i krzyk. Byłam za długo. Jak się stąd nie wydostanę zaraz oszaleję. Starałam się wrócić drogą którą tu przyszłam ale wszytko się zmieniło. Drzewa i całe otoczenie.. było.. inne. Opadłam na ziemię pod jakimś drzewem. Zakryłam sobie uszy bo już nie mogłam znieść tego okropnego jęku. Z mroku wyłonił się jakiś cień. Cień przypomniał mężczyznę, w dodatku z nożem. Ostrze pobłyskiwało w blasku księżyca co oznacza, że było ostre.. i skierowane w moją stronę. Cień rzucił się w moim kierunku i jedyne co zdążyłam zrobić to podnieść się. Cień wbiegł we mnie po czym rozprysnął się jakby rozbił się o niewidzialną tarczę.
-Czy to.. możliwe? - spojrzałam na wisiorek który miałam na szyi.
Chwilę później koło mnie pojawił się motylek. Zatrzepotał skrzydełkami i usiadł mi na nosku. W mojej głowie pojawił się obraz polany w zwykłym lesie. Wiedziałam gdzie to! Znałam to miejsce! Było niedaleko Akademii. Wyglądało prześlicznie gdy światło księżyca przebijało się przez korony drzew. Wyglądało magicznie i aż chciałoby się tam być. Motylek odleciał i wizja zniknęła. Czerwone stworzonko zaczęło lecieć do przodu a ja zaczęłam podążać za nim. Leciało coraz szybciej, musiałam biec aby za nim nadążyć. Widziałam jak straszne, i okropne cienie wyłaniają się z ciemności, ze swoich okropnych nor i tworzą iluzje aby tylko zatrzymać tutaj wszystkie zabłąkane dusze, które trafiły tutaj przypadkiem. Na przykład tak jak ja. Są ludzie którym ten las nie sprawia takich problemów jak mi. Potrafią oprzeć się wizją i iść po tym okropnym miejscu jak po normalnym, zwykłym lesie, gdzie wesoło kicają króliczki i inne słodkie stworzonka. Ja tak nie mogę. Wizje na mnie działają ale mam cel. Podążać za.. za motylkiem? Czy to aby nie podpucha? Może prowadzi mnie na pewną śmierć? A co jeśli to nie prawda i zza kilka metrów ujrzę tę polanę która pojawiła mi się w głowie? Już sama nie byłam pewna co robić a motylek oddalał się i oddalał. Zaczęłam biec i w końcu go dogoniłam. Nie byłam do końca przekonana czy do dobry pomysł. Najwyżej będę musiała się bronić. Mam sztylet schowany w bucie na wszelki wypadek gdyby ktoś mnie napadł. Spojrzałam przed siebie. Motylek zaplątał się w pajęczynę. Próbowałam go odwinąć ale pajęczyna strasznie się kleiła. Zobaczyłam, że ludzik zeskoczył z motylka i zmierzył w moim kierunku. Pajęczyna była ogromna. Od jednego do drugiego drzewa przez co zastawiała przejście na drugą stronę. W rogu pajęczyny siedział ogromny pająk. Jego nogi miały około 70 centymetrów długości. Ja boję się małych pająków a co dopiero takiego ogromnego, okropnego straszaka. Poczułam jak ludzik wspiął mi się na ramię i szepcze coś do ucha.
-Zostawmy go. Dla niego nie ma już ratunku. W tej pajęczynie jest trutka. Ja mam specjalny kombinezon dlatego to na mnie nie działa - powiedział
-Ty znasz drogę na tą polanę? - zapytałam
-Nie, ale wiem jak uciec z tego lasu. - dodał i mówił co mam zrobić - Obejdźmy te drzewa
Zrobiłam jak mówił. Obeszłam drzewo na którym siedział pająk. Najwidoczniej spał bo nie wyczuł mojej obecności. Gdyby nie spał kto wie co by się działo. Może by się na mnie rzucił a ja wtedy nie miałabym szans na pokonanie go? Raczej by tak było. I śmierć. Na miejscu. A wątpię, że ktokolwiek z moich bliskich wszedłby do tego lasu. No może Derek. On by się odważył. Dla mnie zrobiłby wszystko. Ludzik tłumaczył mi jak mam iść a ja podążałam zgodnie z jego wskazówkami.
-O oo - naglę jego głos zaczął drżeć
-Coś się stało? - zapytałam zaciekawiona
-Taak. Nie ,,coś,, a bardziej ,,ktoś,,. - ludzik głośno przełknął ślinę i opadł na moim ramieniu
-Jak to ,,ktoś,, ? - zaniepokoiłam się - Co jest grane? -zaczęłam powoli się wycofywać
-Uciekaj. - parsknął ludzik - Na niego nawet wisiorek nie zadziała
Odwróciłam się i zaczęłam uciekać. Za moimi plecami usłyszałam przerażający skowyt. Pod nogami zatrzęsła mi się ziemia przez co upadłam na ziemię. Odwróciłam się. Żałowałam tego. Bardzo. Zza drzew wyłonił się ,,on,,. Był przerażający. Jego postura, ręce. Wszystko sprawiło że z mojego gardła wydał się głośny krzyk. Nie powinnam tego robić. To jeszcze gorzej go rozzłościło. Ruszył powoli w moim kierunku. Próbowałam wstać ale noga zaklinowała mi się między kamieniami. Potwór wziął do ręki kolejny kamień i rzucił nim w moją nogę aby jeszcze bardziej ją unieruchomić.. albo unieruchomić mnie, jego zdobycz i zapewne jego kolację. Panicznie wyciągnęłam sztylet z buta. On widząc to rzucił w moją dłoń kawałkiem drewna wytrącając mi sztylet na dużą odległość. Powoli zaczął się zbliżać. Wiedział, że jestem w dupie, że nie ma dla nie ratunku, że i tak mnie zabije więc czemu miałby się spieszyć? Szczerze to wyglądał na smutnego. Jego paszcza przez cały czas była otwarta a oczy były przepełnione smutkiem i nienawiścią. Był już tuż tuż. Nachylił się nad moją twarzą i patrzył mi prosto w oczy. Po ciele przebiegły mi ciarki. Nie mogłam nic wypowiedzieć, ani krzyknąć. Sparaliżowana leżałam i patrzyłam potworowi w twarz.  Byłam spokojna. Gotowa na śmierć.

Eric? (1920 słów ^^)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz