Obudził mnie podmuch zimnego wiatru. Gdy otworzyłam oczy i usiadłam, zobczyłam że mistrz wiezie mnie na swym grzbiecie. Poranek był chłodnawy. Dopiero po czasie zrozumiałam że nie jestem w moim kraju.
- Mistrzu? Gdzie mnie wieziesz? - spytałam cicho. Nic nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał w moją stronę. Pomyślałam że stanowię dla niego pewne obciążenie, więc zeskoczyłam z grzbietu i zaczęłam biec razem z nim. Obok zjawił się Varux, czyli pomocnik mistrza. Ten nadzorował abym nie została w tyle. Chociaż, mam skrzydła, prawda? Tak szczerze, to nie umiem z nich zbyt dobrze korzystać... Po jakimś czasie zmęczyłam się i wskoczyłam z powrotem na mistrza. Biegnąc, nie miałam czasu aby rozejrzeć się dookoła. Biegliśmy właśnie długą polaną. Trawa była wysoka, chyba z półtora metra. Zielona barwa mieszała się bardzo lekko z niebieską barwą. Dawało to niesamowity efekt. Przed nami były wysokie góry. Przed wejściem do lasu, mistrz się zatrzymał. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale no cóż.
- Sue, tu Cię zostawiam. Nie mogę wejść do Smoczych Gór. Będziesz musiała resztę drogi przejść sama. Myślę że nauczyłem Cię dość wielu rzeczy i wytrwasz, ale spokojnie! Spotkamy się na miejscu. - stałam w ciszy słuchając tego wszystkiego. Rozumiałam mistrza. Nie mogłam się również jemu sprzeciwić.
- Oczywiście mistrzu. - odpowiedziałam, a on zniknął. Zostałam tylko ja. Sama. Spojrzałam w stronę gór. Wkroczyłam do lasu. Był bardzo krótki, gdyż był wprowadzeniem do gór. Gdy wyszłam z lasu, zobaczyłam dłuuugą drogę. A po bokach skały, które były "podnóżem" gór. Z każdym przebytym kilometrem, ścieżka była ułożona coraz wyżej. Zaczął padać deszcz, a ja nie miałam żadnego nakrycia, więc po prostu weszłam do pierwszej lepszej jaskini. Gdy miałam usiąść, w oddali zobaczyłam smoka. Przestraszyłam się trochę, więc schowałam się na samym końcu jaskini. Zobaczyłam smocze jaja, co zaniepokoiło mnie jeszcze bardziej. Schowałam się za skałą i czekałam. W jaskini zrobiło się zimno i zawiał wiatr. Wleciał smok. Od razu wyczuł coś "dodatkowego". Nie minęło długo zanim mnie odnalazł. Zakryłam się skrzydłami, ale nic się nie działo. Wyjrzałam lekko i zobaczyłam że smok mi się przygląda. Złapał mnie delikatnie za bluzkę i wyciągnął zza kamienia. Ulżyło mi, gdyż był to smok lodu, a smoki lodu i archanioły to odwieczni przyjaciele. Mistrz również jest smokiem lodu. Tylko jest obdarzony dodatkowymi mocami. Wyciągnęłam do smoka (a raczej smoczycy) rękę, aby pokazać że nie stanowię zagrożenia.
- Co Cię tu sprowadza? - spytała smoczyca po czasie.
- Wybieram się za góry... Nie wiem gdzie dokładnie, mistrz mi nie powiedział. Póki co, prowadzi mnie amulet. - odpowiedziałam pewniej.
- Rozumiem.. Pewnie wysłał Cię do Akademii, która jest położona w smoczych górach. - mruknęła i popatrzyła na jaja. Pokiwałam głową i podeszłam do jaj. Smoczyca popatrzyła na mnie i usiadła. Wyjęłam flakonik i spuściłam po jednej kropki na każde jajo. Każda kropla pokryła całe jajo, po czym wchłonęła się w nie. Jaja powoli zaczęły pękać, a z nich zaczęły wychodzić małe smoki.
- Co zrobiłaś? - spytała smoczyca.
- Pobłogosławiłam Twoje dzieci i sprawiłam że będą silniejsze. Trudno przeżyć w takich górach, no nie? - uśmiechnęłam się. Smoczyca podeszła do najmniejszego i najsłabszego smoka, po czym podała mi go.
- Proszę, zaopiekuj się nim. To prezent. W tych warunkach długo nie pożyje - powiedziała, po czym ukłoniła się i zaczęła karmić resztę. Wyciągnęłam coś do jedzenia i rzuciłam maluchowi. Ten szybko to zjadł. Uśmiechnęłam się i wzięłam go na ręce. Pożegnałam się ze smoczycą i ruszyłam dalej w drogę. Po kolejnych godzinach, wreszcie zobaczyłam Akademię i mistrza. Pokazał mi mój dom, który był umieszczony pod górami. Zostawiłam tam rzeczy i nakarmiłam Snowdiego (tak nazwałam smoka). Czas wkręcić się w życie między innymi! Ruszyłam do Akademii, a co będzie to się okaże.
<Ktoś coś? ;p>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz