-Trzeba Cię opatrzyć.. - spojrzałam na jego ranę - I pozbyć się tego...
Zbliżyłam się do niego i wyciągnęłam kolec z jego brzucha. Lekko jęknął a na jego twarzy pokazał się drobny grymas. Odrzuciłam kolec na bok.
-Tym zajmę się już sam. - powiedział łapiąc się za ranę
-Nawet o tym nie myśl. Nie puszczę Cię samego z taką raną. - odparłam i przemierzyłam go wzrokiem - Musimy to czymś owinąć... - zrobiłam obrót na pięcie po czym dodałam - Zdejmij koszulkę.
-C..coo? - wydusił z siebie
-No raz, dwa. I tak z taką dziurą do niczego Ci się nie przyda.
Chłopak patrzył w ziemie. Zaciągnął kaptur na głowę. Przez ułamek sekundy mogłam dostrzec na jego głowie coś innego.. o ile się nie mylę były to rogi. Wywołało to uśmiech na mojej bladej twarzy.
-Mówiłem, że poradzę sobie z tym sam. - parsknął - Chodź, za mną. Pokaże Ci wyjście.
-Ale.. twoja rana... - szepnęłam pod nosem
-Dam sobie radę.. - powtórzył
-No dobrze. - zgodziłam się mimo iż wiedziałam, że on cierpiał.
Omijając zwłoki potwora poszliśmy w kierunku, w którym szłam z małym ludzikiem. A co do niego.. siedział spokojnie na miom ramieniu. Gdy Eric szedł w ciszy, mój mały towarzysz opowiadał mi historie z jego życia. Byłam o dwa kroki za wysokim mężczyzną. Teraz gdy miałam chwilę aby mu się przyjrzeć dostrzegłam, że chyba jest wyższy od mojego, kochanego brata Derek'a.. i wyglądał na lepiej zbudowanego. Czułam się przy nim ja mała dziewczynka zgubiona w lesie.. w sumie to tak było. Eric mi pomógł, muszę mu się jakoś odwdzięczyć. Tylko jak.. skoro on nie chce moje pomocy? Trudno. Alison walcz. Uda Ci się. Pomożesz mu. Nagle Eric zatrzymał się a ja jak głupia wpadłam prosto na niego.
-Przepraszam. - powiedziałam
-Nic nie szkodzi. - odparł
Zaczęłam się rozglądać. Wydawało mi się, że nie minęło nawet pięć minut a my już byliśmy poza lasem, na ścieżce prowadzącej w stronę akademii i miasta. Usłyszałam cichy szept do mojego ucha. Był to ludzik.
-Ma mnie już pora. - powiedział i zagwizdał, a na ten dźwięk zjawił się czerwony motylek. - Dziękuję za podróż. - uśmiechnął się i odleciał
-Dziękuję... - tym razem to ja podziękowałam Eric'owi.
-Nie ma za co. - spojrzał na mnie, a ja na jego ranę.
-Skoro już tu jesteśmy... - zaczęłam - Pozwól mi Cię opatrzyć. - powiedziałam stanowczo
-Nie odpuścisz, prawda? - zapytał z lekkim uśmiechem na ustach
Kiwnęłam głową.
-Nie. - uśmiechnęłam się do niego
-Niech Ci będzie uparta dziewczynko. - odparł i ruszył przed siebie
-Gdzie idziemy? - zapytałam zaciekawiona
-Do mnie. - przerwał - Nie będę wędrował po terenie akademii.
Szybko dogozczerze mówiąc to nie wyglądał jakby rana w brzuchu mu jakoś specjalnie przeszkadzała. Była bo była, nie to nie. Przez moment.. dość długi moment zastanawiałam się jak przerwać tą niezręczną ciszę panującą między naszą dwójką. Postanowiłam więc zapytać o coś co zastanawiało mnie od samego początku. Mianowicie chodzi mi o jego kaptur. Wcześniej na to nie zwracałam uwagi ale teraz zauważyłam ze odkąd założył na głowę kaptur, nie ściągnął go choćby na moment. Może i bym go o to zapytała gdyby nie fakt, że zaczęła okropnie pieczeć mnie skóra. Z początku na szyi, potem przeniosło się to również na barki. Skóra wokół naszyjnika od motyli zrobiła się strasznie czerwona i zaczęła powstawać opuchlizna, jakby po ugryzieniu jakiegoś owada. Próbowałam zdjąć podarunek lecz ten okropnie wgryzł się w skórę, że nie mogłam go wydrapać. Eric nic nie zauważył, ponieważ szedł pierwszy. Chciałam go zawołać ale coraz trudniej nabierało mi sie tlen. Dusiłam się. Opadłam na kolana i palcami próbowałam ściągnąć naszyjnik ale nie potrafiłam. Chciał mnie udusić.
Eric?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz